""

Popularne posty

5/22/2019

Puszcza Białowieska, czyli co w puszczy piszczy?

 Puszcza Białowieska, czyli co w puszczy piszczy?

Wyobraźcie sobie spowite mgłą leśne ostępy, świergot ptaków wokół i szum wiatru w majestatycznych koronach kilkusetletnich dębów. Las pierwotny, Puszcza Białowieska. Te słowa działają na wyobraźnię. Byliśmy i sprawdziliśmy. Jesteście ciekawi ile prawdy jest w takich wyobrażeniach o puszczy, które opisałam wyżej?

We wpisie jak zwykle dużo informacji praktycznych. Znajdziecie też naszą odpowiedź na pytanie czy weekend z dziećmi w Białowieży to dobry pomysł i czy to prawda, że przebywanie w lesie pierwotnym to doświadczenie niemal mistyczne. Oczywiście podam wam też linki do ciekawych stron o Puszczy Białowieskiej i Białowieskim Parku Narodowym.




Kierunek Białowieża

Puszcza Białowieska od 2010 roku znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO jako obszar, na którym zachowały się jedne z największych fragmentów lasu pierwotnego nizin europejskich. Białowieski Park Narodowy jest chyba jednym z lepiej rozpoznawalnych polskich parków, dość licznie odwiedzanym przez turystów z zagranicy.

Ostatnią majówkę spędziliśmy z dziećmi w Białowieży przez prognozy pogody, a może powinnam napisać dzięki prognozom pogody. Wiosną zwykle spędzamy długie majowe weekendy gdzieś w górach. W tym roku też do ostatniej chwili śledziliśmy zmiany pogody w południowej Polsce i do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że słabe prognozy się po prostu nie sprawdzą.

Brak słońca i chłodniejsze dni, 8-10 stopni w dzień i około 4 w nocy, nie są jakąś przeszkodą nie do pokonania podczas wyjazdu. Deszcz też nie jest dramatem, z cukru nie jesteśmy, ale…ciągły deszcz plus zimno na campingu, to już nie jest fajne. A jak już zdążyliście się zorientować po innych wpisach na tym blogu, wolimy wyjazdy dające nam dużo wolności, czyli właśnie wyjazdy campingowe.

Decyzja więc była prosta, tym bardziej, że odległość: 200 km, tylko trzy godziny drogi, to dla nas tak, jak skoczyć do cioci na imieniny ;) , w porównaniu do innych tras, które przejechaliśmy autem z dziećmi. 



Białowieżę pamiętam z wycieczki z czasów szkoły podstawowej (kiedy to było!). Do tej pory kojarzyła mi się z zapachem żywicy, sosen, drewnianymi budkami z rękodziełem i oczywiście z żubrami.

Tym razem postawiliśmy na rowery. Planowaliśmy wejść do rezerwatu ścisłego, by zobaczyć na własne oczy ten majestatyczny las pierwotny, chcieliśmy też przejechać się drezyną i zobaczyć rezerwat pokazowy żubra.

Dzień pierwszy: rowerem wokół Białowieży

Od razu uprzedzam tych z was, którzy szukają informacji o ekstremalnych, długich i wymagających trasach rowerowych wokół Białowieży, czytaj: takich podczas których przedzieracie się przez puszczę/las/mokradła przez 10 godzin, czasem z rowerem na plecach.

Nasze wycieczki rowerowe dostosowujemy do dzieci, a konkretnie do najsłabszego ogniwa, czyli naszej (teraz) 7 letniej córki. Dlatego kluczowa jest dla nas długość trasy, którą ma ona przejechać.

Mam jednak czasem wrażenie, że w przypadku naszej 7latki, nie o kilometry tu chodzi, a raczej o urozmaicenie trasy, czy szlaku. To samo dzieje się w przypadku wędrówek po górach.
Jak jest za nudno, to szybciej słyszymy wymówki typu: nogi bolą, głodna jestem, kiedy zrobimy przerwę itp. Chyba tak jest u większości dzieci.

A jak jest trudniej , ciekawiej, jak są jakieś wyzwania to nagle dzieci czują przypływ energii. Przynajmniej nasze. Poniżej przykład tego, co się  dzieje gdy rodzice mówią, że przeniosą twój rower ;) Tak przy okazji, takie przeszkody można znaleźć na trasie z rezerwatu żubra do Białowieży - i to jest to, co dzieci lubią najbardziej!



W punkcie informacji turystycznej w centrum Białowieży dostaliśmy mapkę szlaków rowerowych. Szlaków tych jest kilka, jednak większość z nich jest za długa dla dzieci, jeżeli chcemy zrobić pętlę.

Ze względu na Agusię, wybraliśmy szlak czerwony z Białowieży do Narewki. Szlak ten ma 21 km – zdecydowanie za dużo jak dla naszej 7 latki, więc za wsią Pogorzelce skręciliśmy na szlak żółty w kierunku rezerwatu pokazowego żubra, by wrócić potem do Białowieży.

To bardzo dobre rozwiązanie, jeżeli jedziecie na wycieczkę z dziećmi. Po pierwsze cała pętla to 10-12 km, po drugie po drodze możecie zatrzymać się z dziećmi w Skansenie Białowieża i później przy wieży obserwacyjnej.

Ponieważ zazwyczaj we wpisach podaję wam dużo szczegółów, byście mogli zaplanować swoje wyjazdy, czy też skorzystać z naszych doświadczeń, teraz jeszcze dosyć istotna informacja, jeżeli chodzi o poruszanie się rowerem z dziećmi po Białowieży.

Czy oczekuję zbyt dużo, jeżeli myślę, że w turystycznej miejscowości wśród lasów, gdzie jest czyste powietrze i szlaki rowerowe zachęcające do wycieczek, powinno być jakieś pobocze dla rowerów? Już nie mówię o ścieżce rowerowej wyłożonej kostką i rozumiem, że poza sezonem wystarczy droga i chodnik z płyt, chociaż ten raz pojawia się, raz znika. No ale może chociaż utwardzone pobocze?

Na przykład przejazd na niewielkim odcinku (ale jednak) ruchliwą drogą 689, która ruchliwa jest, bo prowadzi do przejścia granicznego, to niemały stres i bezwzględna konieczność asekuracji dziecka.

W sumie nie tylko my mieliśmy zagwozdkę jak poradzić sobie z dzieckiem na rowerze przy braku jakiegoś rozsądnego pobocza. Na szczęście odcinek drogi 689 nie był zbyt długi, a później pozostawał nam chodnik i nadzieja, że przednie koło rowerka nie polegnie w spotkaniu z wysokim krawężnikiem.

wskazówka: jadąc rowerami od strony Hajnówki do centrum Białowieży musicie bardzo uważać na dzieci. Pozostaje wam nierówny chodnik z płyt, ale też nie na całej długości przejazdu.

Centrum Białowieży: Krupówki w miniaturze

Białowieża nie jest duża, jednak ze względu na Puszczę i żubry, zorganizowany ruch turystyczny ma się tu bardzo dobrze. Sporo tu autokarów przywożących wycieczki, ale też całkiem dużo kamperów na obcych rejestracjach.

Centrum wsi to takie Krupówki w miniaturze. Mydło i powidło. Budy i budki. Lody, kręcone, pieczone ziemniaki na patyku, figurki żubra we wszystkich rozmiarach i postaciach, żubry pluszowe, wytłaczane, wypalane, do wyboru do koloru. Cóż, Białowieża żyje z żubrów i żubry są tu wszędzie. We wszystkich formach ekspresji artystycznej.

Oprócz centrum informacji turystycznej, płatnego parkingu i punktów gastronomicznych, w Białowieży znajduje się Park Pałacowy z XIX wieku zaprojektowany przez Waleriana Kronenberga, Muzeum, prawosławna cerkiew św Mikołąja Cudotwórcy z 1895 roku, zabytkowa stacja kolejowa z 1903 roku i skansen ludności ruskiej Podlasia.

Skansen Białowieża : cofamy się w czasie

Z centrum Białowieży wyjechaliśmy czerwonym szlakiem rowerowym w kierunku Narewki. Szlak ten prowadzi wzdłuż lokalnej, wiejskiej drogi i w sumie ruch samochodowy jest bardzo mały.

Przy drodze zauważyliśmy wysoką bramę z wielkim, drewnianym napisem. Chociaż mieliśmy przeznaczyć cały dzień na wycieczkę rowerową, skusiłam się i weszłam zobaczyć, czy warto jest poświęcić te cenne minuty słońca na zwiedzanie skansenu.



Wpadłam tylko zerknąć i od razu mi się spodobało. Tak więc, zanim jeszcze nasza rowerowa wycieczka się rozkręciła, już mieliśmy godzinną przerwę na Skansen Białowieża!



Skansen Białowieża trochę przypomniał mi klimatem wioskę Wikingów w Danii w Ribe, z tym, że w Białowieży nie było statystów ,,żyjących” życiem dawnej wsi.

Teren jest naprawdę spory, nie otaczają was tłumy zwiedzających, nie ma jednego słusznego kierunku zwiedzania. Dzieci mogą zaglądać gdzie chcą. Mogą wspiąć się po drewnianych schodkach do młyna, mogą obejrzeć strych w drewnianej chałupie.



Nasze dzieci mogły na żywo zobaczyć czym były, znane im z baśni, zapiecek i klepisko. Miały dużo zabawy z odgadywania przeznaczenia różnych przedmiotów. Pomijam najbardziej oczywiste, ale dla dzieci też ciekawe, jak maselnica, kołowrotek, czy żelazka na węgiel.










Naprawdę warto odwiedzić ten skansen. Jedynym minusem, moim zdaniem, był brak ,,pokazowej chaty, z „zastępczymi” eksponatami, w której dzieci mogłyby się poczuć jak w prawdziwej wiejskiej chacie – pokręcić kołowrotkiem, postukać maselnicą, na niby pougniatać kapustę w beczce. Fajnie byłoby wspiąć się na zapiecek, przekonać się ile waży łopata do chleba, czy poprasować na niby żelazkiem na węgiel, lub założyć czepiec, lub zapaskę!

wskazówka: skansen czynny od 10.00 - 18.00
bilety wstępu można kupić na miejscu: 7 zł osoba dorosła 4 zł dziecko




Rowerami do rezerwatu żubra

Kolejnym punktem podczas naszej rowerowej wycieczki stała się platforma obserwacyjna. Platforma jest wysoka, ale bezpieczna. Mogą przydać się lornetki, jak ktoś lubi obserwować ptaki.



wskazówka: na tej trasie podobno znajduje się również kilkusetmetrowa ścieżka edukacyjna - "Szlak Dębów Królewskich i Książąt Litewskich." My jednak na nią nie trafiliśmy.

Za wsią Pogorzelce dojechaliśmy do skrzyżowania z ubitą piaskową drogą, szlak czerwony do Narewki odbijał w prawo, a żółty szlak, z powrotem do Białowieży, w lewo. Na mapie szlaki te prowadzą wzdłuż drogi szutrowej. Ale jakiej!



Przez las, szeroka, równa… niemal jak podłoże do wylania asfaltu. Minęliśmy wielkie pole na ognisko z zadaszonymi ławami, przygotowane do naprawdę dużych imprez. Tą wygodną drogą przez las dojechaliśmy z powrotem aż do Białowieży. Na liczniku naszej 7 latki wybiło 13 samodzielnie przejechanych kilometrów. Jak dla niej to duże osiągnięcie. Oczywiście pod koniec były małe kryzysy, ale wizja obiecanych lodów na białowieskich Krupówkach dodała jej przysłowiowych skrzydeł.



Po odstawieniu nas na camping, mąż zdecydował powtórzyć trasę, tym razem jadąc pętlą przez Narewkę. Podobno, według jego słów, na leśnych ścieżkach łatwo się zgubić, szczególnie wieczorem, gdy zapada zmrok i szczególnie, gdy zjedziecie z głównej trasy, by zbadać boczne odnogi.



wskazówka: Jeżeli nie chcecie zniechęcić dzieci do rowerowych wyjazdów, warto wyznaczać krótsze trasy, z możliwością ,,dołożenia” sobie kilometrów już bez dzieci.

Więcej o szlakach rowerowych wokół Białowieży przeczytacie na oficjalnej stronie gminy Białowieża

http://www.gmina.bialowieza.pl/pl/waloryprzyrodnicze/szlaki-turystyczne.html




Mam tę Moc!

Drugi dzień powitał nas już zachmurzonym niebem. Zaplanowaliśmy dwie atrakcje: przejazd drezyną do Miejsca Mocy i spacer w rezerwacie ścisłym.

Czym jest drezyna, każdy wie. Czym jest Miejsce Mocy pewnie niekoniecznie. Ale czym jest Stonhenge, w Wielkiej Brytanii chyba kojarzy większość z was. W Białowieży również znajduje się jedno z takich miejsc. Podobno naładowane pozytywną energią.

Można się tam dostać albo rowerem, pieszo, lub właśnie drezyną. Bilety na przejazd drezyną kupiliśmy online. W sezonie, jeżeli chcecie mieć pewność, że znajdzie się dla was miejsce w wagoniku, kupcie bilety online. Do dwóch wagoników drezyny wchodzi określona liczba osób, a przejazdy są o określonych godzinach.

Przeczytaliśmy, że przejazd drezyną to ,,wspaniała atrakcja dla dzieci,” że ,,zarówno dorośli jak i dzieci świetnie się bawią” hmmm.. Ja mam trochę inne zdanie. Nie twierdzę, że to nieciekawa atrakcja, ale powiem tak: zabawa jest świetna przez pierwsze 20 minut. Później to jak siłownia.



I współczuję tym panom, którzy będą pod presją ogarniania drezyny wypełnionej dziećmi, kobietami i starszymi osobami, przez prawie godzinę (w dwie strony). Bo umówmy się pan dowódca drezyny, jak to się ładnie nazywa, zresztą bardzo sympatyczny, dodaje pary drezynie tylko sporadycznie.


Założenie jest takie, co zresztą jest jasno określone na stronie www, że drezynę napędzają pasażerowie. Oczywiście dzieci się rwą do ,,pompowania,” ale tak naprawdę, by rozpędzić drezynę potrzeba silnych mężczyzn. Tak więc, jeżeli w waszym składzie nie ma kilku umięśnionych mężczyzn to marnie to widzę.



Ikonografika jak działa drezyna z zabawnym wskazaniem na mięśnie; pasowałoby  dodać napis ,,for dummies" czyli łopatologicznie


Tak sobie myślę, że latem takie napędzanie drezyny to dopiero wyzwanie!

Przejazd do Miejsca Mocy zajął nam razem pół godziny. Powrót to kolejne 20-30 minut, z tym, że łatwiej bo lekko z górki. Chyba mieliśmy silną ekipę, bo, według informacji na stronie, taki przejazd jak nasz ma w teorii zająć dwie godziny (w obie strony z przerwą 20 minutową na Miejsce Mocy)



Więcej informacji i cennik znajdziecie pod adresem www.drezyny.net

Mąż wybrał dla nas najdłuższą (i najdroższą) opcję 35zł osoba dorosła 30zł dziecko. Sporo jak za godzinę siłowni! Nie wiem , co nim kierowało, być może nie było już biletów na trasę średnią ;)

Jest też możliwość krótszych przejazdów. Myślę, że gdybym miała wybierać jeszcze raz, to do miejsca mocy pojechalibyśmy rowerami, a drezyną na krótszą wycieczkę, by zobaczyć „jak to działa”.

Czym jest Miejsce Mocy?

Przytoczę za opisem z tablicy informacyjnej:

Miejsce Mocy to obszary o pozytywnym promieniowaniu, tzn. występuje w nich taka forma subtelnej wibracji, która jest najzdrowsza dla człowieka. Dzięki niej w miejscach tych znacznie lepiej się czujemy, szybciej wypoczywamy, łatwiej regenerują się nasze siły witalne, uaktywnia się intuicja. (…) osoby wrażliwe ustawiwszy się w odpowiednim punkcie (wśród kręgu głazów rozłożonych na ziemi) mogą odczuwać całą gamę subtelnych wibracji, od oczyszczających umysł, dających pełne odprężenie, do powodujących zachwianie równowagi i lekkie oszołomienie.



Na Miejscu Mocy spędziliśmy około 15 minut. Chyba za mało, żeby się zregenerować po półgodzinnym machaniu dźwignią napędzającą drezynę! No i chyba mało wrażliwi jesteśmy, bo nikt nic nie poczuł ups.

Przypuszcza się, że było to miejsce kultu dawnych pogan. Według legendy gromadzili się tu wtajemniczeni, by wykorzystując moc swoją i moc kamieni w tym miejscu powstrzymywać wrogów i złe moce. Nie bez powodu uroczysko znajdujące się w pobliżu nosiło kiedyś nazwę Czartowe Błota.

Podsumowując: wycieczka do Miejsca Mocy to ciekawa atrakcja, nie będę wam zdradzać jak wyglądają te pokrzywione przez energię drzewa i jak ułożony jest krąg kamieni. Nie oczekujcie jednak zbyt wiele. Dla dzieci będzie ciekawie, głównie ze względu na nimb tajemniczości (jak to jeszcze dobrze im sprzedacie)

Wydaje mi się, że rowerowa wycieczka do Miejsca Mocy byłaby jednak mniej wyczerpująca niż przejazd drezyną.

Druga część wpisu o Rezerwacie pokazowym żubra, spacerze po rezerwacie i miejscu, gdzie możecie zjeść pyszne lokalne dania już wkrótce!

Jeżeli macie jakieś pytania, albo chcielibyście podzielić się ciekawymi informacjami o Puszczy Białowieskiej – formularz komentarzy znajduje się pod wpisem. Tylko podpisane komentarze będą opublikowane, wystarczy imię, lub nick.

2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy w Dolomitach we Włoszech. Bardzo lubimy narciarskie wyjazdy w Dolomity, zawsze jednak wybieraliśmy się tam w okresie, kiedy jest cieplej ( i taniej) czyli w marcu.



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.

11/11/2018

Tatry: łatwe szlaki dla starszych dzieci

Tatry: łatwe szlaki dla starszych dzieci
Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko

Zawsze zachwycają nas młode góry. Te ostre granie, urwiska, skaliste podejścia i oczywiście wysokość, która pozwala cieszyć oczy niesamowitymi widokami.

Nie jesteśmy wyjątkiem, większość osób przyjeżdżających w Tatry zakochuje się w nich od pierwszego spojrzenia z któregoś z tatrzańskich szczytów.

Z roku na rok rośnie liczba turystów przyjeżdżających w Tatry. Według danych Tatrzańskiego Parku Narodowego, po tatrzańskich szlakach w ciągu roku przewija się około 3 miliony osób. Szczyt sezonu przypada w wakacje, kiedy to w okolice Zakopanego przyjeżdża półtora miliona osób.

ciekawostka: w 2011 roku padł rekord: choć trudno w to uwierzyć, jednego dnia w Tatrzańskim Parku Narodowym przebywało około 40,000 osób! 

I właśnie z tego powodu coraz trudniej znaleźć w Tatrach ciche i mało uczęszczane szlaki. Zwykle wędrówka szlakiem oznacza, że będziecie mijali większe, lub mniejsze grupki turystów, zgodnie z regułą: im łatwiejszy szlak tym więcej ludzi.

Dla wielu doświadczonych turystów górskich, którzy doceniają ,,samotność na szlaku" pozostaje wybrać się w sezonie w Tatry słowackie, które wciąż są mniej skomercjalizowane i nie tak popularne wśród turystów z Polski, albo wyjeżdżać w Tatry poza sezonem...


Jeżeli jeszcze nie byliście z dziećmi w Tatrach, a zniechęcają was zdjęcia ludzi, ustawionych jak mrówki w kolejce na szlaku na Giewont, czy zdjęcia tłumów otaczających kolorową mozaiką Morskie Oko, schronisko w Murowańcu, czy Dolinie Kościeliskiej - nie zniechęcajcie się zbyt szybko.

W tym wpisie pokażę wam jeden ze szlaków, który przeszliśmy tej jesieni, a który pozwoli wam zobaczyć znane, piękne widokowo miejsca w Tatrach, a jednocześnie odejść trochę od innych turystów i…trochę się zmęczyć, a nie tylko przespacerować. Jeżeli zastanawiacie się nad wyborem szlaku dla waszych dzieci: oto moja propozycja.








Klasyka wśród tatrzańskich szlaków: 
Dolina Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki. 

Jeśli macie zapał i chęć, by spędzić z dziećmi w górach cały dzień, szlak ten jest względnie bezpieczny, a widokowo naprawdę świetny. Przeszliśmy go z naszym 11latkiem, więc starsze dzieci, które już mają trochę doświadczenia w chodzeniu po górach, dadzą radę.

Powiem więcej, przeglądając nasze archiwalne zdjęcia znalazłam zdjęcie 4 i pół letniego Piotrusia na tym właśnie szlaku! Zupełnie tego nie pamiętałam, bo wtedy zostałam z 2 miesięczną córeczką w domu. Pewnie gdybym była wtedy z mężem i synkiem miałabym spore wątpliwości, czy aby ten szlak nadaje się na wędrówkę z maluchem.

Oczywiście 4latek nie przeszedł szlaku w całości na własnych nogach, ale też przypuszczam, po obejrzeniu zdjęć i charakterze małego Piotrusia ;), że nie został tylko ,,wniesiony" . Okazuje się, że jeżeli rodzic ma doświadczenie i jest kondycyjnie przygotowany na dźwiganie dziecka, gdy te się zmęczy, szlak ten można pokonać nawet z młodszym dzieckiem.

Wskazówka:  szlak ten przeszliśmy jesienią, przy idealnej pogodzie. Góry, a szczególnie Tatry, wiosną, czy zimą to zupełnie inna bajka i inaczej trzeba się przygotować

Jeżeli jednak jeszcze nigdy nie chodziliście po górach z dziećmi, poprzeczka może być za wysoko, szczególnie jeżeli chodzi o odległość do pokonania - w krótszej wersji jest to 18,6 km a w dłuższej plus 4km wspinania się na przełęcz i zejścia z niej. 

Pisząc, że szlak do Doliny Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki, jest dosyć łatwy, ” nie mam na myśli ,,łatwy – spokojnie wejdziesz tam w klapkach, ” a raczej ,,łatwy – nie będziesz z dziećmi przechodził nad przepaścią, podciągał się w górę po kamieniach, czy korzystał z zamontowanych łańcuchów do asekuracji przejścia.” 

Szlak do Doliny Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki nie jest typowym, spacerowym szlakiem dolinką, bo startujecie z wysokości 1100m n.p.m.(Wodogrzmoty) a musicie dojść do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów na wysokości 1672 m n.p.m. 



Szlak do Doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka: odległości i czas przejścia
Start: Łysa Polana  Cel: Dolina Pięciu Stawów  Koniec: Łysa Polana
Szczegóły: Łysa Polana – Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Roztoki – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów –  Świstówka Roztocka– zejście do Morskiego Oka - koniec na Łysej Polanie
Odległość:
Wariant łatwiejszy Palenica - schronisko w Dolinie Pięciu Stawów –Palenica  18,6 km

Moim zdaniem to dosyć duża odległość dla młodszych dzieci. Jednak dla dzieci, które już chodziły po innych górach i dla dzieci >9lat nie jest to odległość nie do pokonania.

Wariant trudniejszy Palenica –Dolina Pięciu Stawów – Świstówka - Morskie Oko - Palenica (nasza trasa). Tu mówimy już o dystansie około 20 km. Sama asfaltówka z  Morskiego Oka do Palenicy ma 8km. 
Czas przejścia:
Wariant łatwiejszy 6h15min
Wariant trudniejszy 7h30min

Szczegóły i dokładny czas  przejścia

1. Palenica Białczańska – Wodogrzmoty (2,8km)
czas według znacznika na szlaku 55min
nasz czas 40min

Ten fragment jest łatwy, po asfalcie. Ze starszymi dziećmi pokonacie ten dystans normalnym tempem w około 40 minut, dzieci nie są jeszcze zmęczone, idzie się łatwo. Ci z was, którzy mają bardzo dobrą kondycję, ten fragment przejdą szybkim tempem nawet w 20 minut.


 
2. Wodogrzmoty – Dolina Roztoki – schronisko w Dolinie Pięciu Stawów (6,5km)
czas według mapy: 2h05 szlak czarny lub 2h20min szlak zielony

nasz czas  z 11latkiem zielonym szlakiem z dłuższą przerwą przy Siklawie około 3h
Na początku szlak jest jeden. Po 1h25 marszu Doliną Roztoki dojdziecie do rozwidlenia na szlak zielony i czarny. Oba szlaki prowadzą do Doliny Pięciu Stawów. Możecie pójść szlakiem zielonym (nasza trasa) co zajmie wam jeszcze około godziny, albo szlakiem czarnym, stromo po schodach, co, według mapy, zajmie wam 40minut. Nie sugerujcie się kolorem, czarny kolor szlaku nie oznacza poziomu trudności.







3. Dolina Pięciu Stawów – Świstówka Roztocka – asfaltówka do Morskiego Oka (4,1km)
czas: 1h50min
Plus dodatkowo 10 minut asfaltem, jeżeli chcecie odbić w prawo do schroniska nad Morskim Okiem.

4. powrót asfaltem Morskie Oko – Palenica Białczańska około 8km (2h05min)

Alternatywny powrót:  tylko 20minut asfaltówką do Włosienicy skąd odjeżdżają fasiągi. Stąd możecie zjechać wozem za ,,drobną” opłatą 30zł od osoby (również dzieci powyżej 3 lat, październik 2018)


Dolina Pięciu Stawów – jak dojechać i gdzie zaparkować?

Szlak do Doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka zaczyna się na Palenicy Białczańskiej, gdzie możecie dojechać busem, lub autem. Palenica Białczańska to popularne miejsce na rozpoczynanie górskiej wędrówki ze względu na bardzo dobry dojazd z Zakopanego. Dodatkowo dla zmotoryzowanych są parkingi, na których można zostawić auto na cały dzień. Koszt parkowania na Łysej Polanie za cały dzień to 25 zł (2018) 

Wskazówka: jeżeli  dojeżdżacie busem i zaczynacie i kończycie wędrówkę w Palenicy musicie dobrze wyliczyć czas, by wieczorem zastać jeszcze jakieś busy, które zabiorą was z powrotem. W sezonie, gdy jest dużo turystów, busy stoją i do przysłowiowego ostatniego chętnego, chociaż warto się upewnić u kierowcy, o której będzie ostatni kurs.

Dojazd samochodem da wam niezależność jeżeli chodzi o godzinę powrotu, ale musicie liczyć się z trudnościami w znalezieniu miejsca do zaparkowania. Aby mieć pewność, że uda wam się zaparkować na jednym z bliskich parkingów w sezonie, lub w słoneczne weekendy jesienią, musicie być w Palenicy jak najwcześniej. Po 8.00 w sezonie i podczas dobrej pogody w weekendy, możecie mieć już problemy ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.

Wskazówka: gdy parkingi na Palenicy Białczańskiej i na Łysej Polanie się zapełnią, pozostaje wam szukać miejsca do parkowania wzdłuż drogi, a aut może być naprawdę sporo. W październikowy, słoneczny weekend samochody były zaparkowane na ponad kilometrowym odcinku. 

My zaparkowaliśmy na Łysej Polanie, 10 minut asfaltem od kas na Palenicy Białczańskiej. Jak zwykle  przy doskonałej pogodzie przy kasach robią się długie kolejki. 10-20 minut oczekiwania to standard. W kasie kupiliśmy bilety wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Bilet jednodniowy dla dorosłych to 5zł dla dzieci 2,5 zł, można płacić kartą.



Ceprostradą do Morskiego Oka

Po przejściu bramek za kasami razem z rzeszą innych turystów ruszyliśmy dalej.
Szczerze, to miałam wrażenie, że uczestniczymy w jakimś exodusie. Ludzie z wózkami, z kijkami do Nordic Walking, z dziećmi w przeróżnym wieku, rozkrzyczani nastolatkowie, grupy znajomych rodzin głośno się nawołujące, wszyscy niosący plecaki i plecaczki różnej wielkości. 




Ciekawostka: Asfaltowy szlak do Morskiego Oka jest naprawdę bardzo popularny i nazywany jest ceprostradą. Określenie ceper nie cepr!(l.mn. cepry) to w góralskiej gwarze określenie każdego, kto góralem nie jest. I jest to określenie, można powiedzieć, lekceważące. Także jeżeli przypadkiem usłyszycie, że: Takie ceny to tylko dla ceprów to nie myślcie, że to najniższa możliwa cena.
 
Początkowo ,,ceprami” nazywano pracowników kolejowych, budowlanych i innych, którzy zarobkowo przyjeżdżali na Podhale z innych regionów. W okresie międzywojennym, określenie ceper nabrało negatywnego wydźwięku. Ceprami zaczęto nazywać kompletnie nieprzygotowanych do wędrówki pseudoturystów wychodzących w Tatry. Również i teraz doświadczeni turyści górscy używają określenia: cepry, mówiąc o osobach chodzących w góry bez podstawowych umiejętności, tzw. ,,niedzielnych" turystów. 

Około pół godziny później doszliśmy do wejścia do Doliny Roztoki i nasze drogi się rozeszły. 80% rozgadanych turystów ruszyło dalej w stronę Morskiego Oka, a my skręciliśmy w Dolinę Roztoki i … tu zrobiło się spokojniej. Zupełnie jakbyś z ruchliwej ulicy w centrum miasta przeniósł się na spokojną podmiejską uliczkę.  

wskazówka: wejście do Doliny Roztoki znajduje się kilkadziesiąt metrów za Wodogrzmotami Mickiewicza i zaczyna się stromym podejściem. Wodogrzmotów Mickiewicza nie da się przegapić, są przy asfaltowej drodze do Morskiego Oka, jest tabliczka i w sezonie jest zawsze sporo ludzi.



Dolina Roztoki: praktyczne wskazówki
* Szlak przez Dolinę Roztoki poleciłabym raczej dla starszych dzieci (powyżej 8/9 lat) bo na ścieżkach jest sporo kamieni, często luźno poukładanych, sporo jest też podchodzenia. Młodsze dzieci też sobie poradzą, ważne jest by miały dobre buty, towarzystwo i chęci.


Do Piątki czyli Doliny Pięciu Stawów poszliśmy tylko z Piotrem, naszym 11 letnim synem. Wiedzieliśmy, że Agusia (7lat) bez towarzystwa innych dzieci w jej wieku  będzie nam marudzić i ociągać się na szlaku. Nie skakała z radości, gdy planowaliśmy wyjście w góry, więc zostawiliśmy ją pod opieką babci i dziadka.

Pewnie gdybyśmy szli razem z córką, wrócilibyśmy z Doliny Pięciu Stawów do Palenicy i nie zdecydowalibyśmy się na przejście do Morskiego Oka. To jednak byłoby spore wyzwanie dla naszej 7 latki, głównie ze względu na dużą odległość.
* Szlak przez Dolinę Roztoki jest widokowo ładny, ale  ponieważ słońce w październiku jest nisko, długo szliśmy w cieniu.



* Dzieci może zaciekawić ,,połamany las” - wiatrołom, kilkaset połamanych drzew. Może to być tzw. ciekawy punkt podczas waszej wędrówki. Dzieci potrzebują jakiegoś bardziej konkretnego celu, a najlepiej kilku, by chętniej maszerować. O wiele lepiej brzmi: ,,Idziemy zobaczyć ,,połamany las”” niż ,,Idziemy zobaczyć dolinę Roztoki”




wskazówka: jeżeli chcecie zająć młodsze dzieci ciekawą historią opowiadaną podczas wędrówki, wyszukajcie streszczenie/przeczytajcie Rogasia z Doliny Roztoki Marii Kownackiej.

* Na szlaku przez Dolinę Roztoki nie ma toalet (ostatnie Toi Toie przy Wodogrzmotach Mickiewicza, potem dopiero schronisko) nie ma drewnianych stołów i ław, koszy na śmieci i mam nadzieję, że to się nie zmieni. O wiele przyjemniej jest przysiąść na kłodzie drzewa, czy pniu i nie widzieć wypełnionych po brzegi koszy na śmieci.
Podstawa to dobre buty

Na końcowym etapie wędrówki macie dwie możliwości dotarcia do celu. Czarny szlak (40min) stromo pod górę po ułożonych kamieniach, albo dłuższy, prawie godzinny szlak zielony (55min)

Ten dłuższy odcinek jest moim zdaniem przyjemniejszy i ciekawszy dla dzieci, bo mija się Wielką Siklawę, największy wodospad  w Polsce, mający około 70 metrów. Jednak to właśnie tam musicie przejść po kamieniach i głazach, które mogą być mokre i śliskie.

Nie ma przepaści, czy ostrych stromizn, ale przewrócić się łatwo szczególnie po deszczu jeżeli ma się słabe buty i niekoniecznie świetną kondycję. Z dzieckiem w nosidle raczej nie ryzykowałabym przejścia szlakiem zielonym.



Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy dotarliśmy do schroniska przekonaliśmy się, że słońce w Tatrach przyciąga jak magnes – nie pamiętam, bym kiedyś tu widziała tylu turystów.  Takie widoki kojarzę raczej z Murowańcem (schronisko pod Kasprowym Wierchem) dosyć popularnym wśród turystów i wycieczek szkolnych miejscem. Ale Dolina Pięciu Stawów? 

Jedno jest pewne : dzieci poniżej 5 lat i  rodziców z nosidłami można było policzyć na palcach. Dlaczego? Moim zdaniem, by dziecko bezpiecznie wnieść w nosidle na plecach do Doliny Pięciu Stawów trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję, a dla mniejszych dzieci to jednak za duża odległość, by wejść o własnych siłach. Podejście od Morskiego Oka jak i od Zawratu nie nadaje się na samodzielne wejście dla małych dzieci.

Przełęcz Zawrat to łańcuchy, a podejście od Morskiego Oka to długa wspinaczka, bez ekspozycji, ale jednak za ciężko dla młodszych dzieci, które w górach bywają okazjonalnie.
Menu w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów zaskoczyło mnie swoją …nowoczesnością. To już nie te klimaty, kiedy w górskim schronisku można było dostać tylko kwaśnicę, gulasz i kiełbasę. Teraz wybór jest jak w restauracji, przy zamówieniu dostaje się beeper, możesz sobie posiedzieć na zewnątrz, a beeper zacznie migać, gdy twoje zamówienie będzie gotowe. Światowo się zrobiło…

Nie zapomnijcie o latarkach!

Gdy dotrzecie do Doliny Pięciu Stawów koniecznie zorientujcie się ile macie czasu, by przed zmrokiem zejść z dziećmi z gór. Szczególnie jeżeli nie macie czołówek, czy latarek. Dlaczego jest to tak ważne, by zejść ze szlaku przed zachodem słońca? 

W październiku słońce zachodzi między 18.30 a 19.00 i teraz wyobraźcie sobie, że nagle robi się niesamowicie ciemno, a przed wami jeszcze spory kawał drogi w dół. Schodzenie po kamieniach, w ciemności, szczególnie, gdy już jesteście zmęczeni po całym dniu może się skończyć większym, lub mniejszym urazem. 

Jeżeli nie planujecie przejścia dalej do Morskiego Oka, a będziecie wracać tym samym szlakiem przez Dolinę Roztoki to naprawdę polecam wam tak zaplanować waszą wędrówkę, by po dojściu do Doliny Pięciu Stawów i odpoczynku w schronisku wspiąć się wyżej, by zobaczyć dolinę w całej okazałości. Ładne widokowe punkty znajdują się na szlaku na Świstówkę i na szlaku na Zawrat od Doliny Pięciu Stawów. Samo podejście na Zawrat od strony Doliny Pięciu Stawów to 1h40min, ale widoki są wspaniałe na całym podejściu.

wskazówka: część bardziej doświadczonych osób właśnie przez Zawrat będzie wracać w dół, by skończyć wędrówkę w Kuźnicach. Jeżeli wam też wpadnie do głowy pomysł, by przejść przez Zawrat z dziećmi i wrócić szlakiem przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, to podpowiem wam, że po drugiej stronie Zawratu jest stromo, są łańcuchy i raczej przydałoby się mieć doświadczenie w schodzeniu, które jest w takich miejscach trudniejsze niż wchodzenie. Jeżeli macie doświadczenie to z nastolatkami możecie spróbować wrócić tym szlakiem.

Alternatywna droga powrotu: przez Świstówkę do Morskiego Oka

My nie mieliśmy dużego zapasu czasu, ale mimo wszystko, znając możliwości naszego 11 letniego syna, postanowiliśmy nie wracać Doliną Roztoki, a wybraliśmy dłuższy szlak przez Świstówkę do Morskiego Oka.

Gdy wybieracie taki wariant powrotu, znowu powtarzam, ważne jest by po zmroku znaleźć się już na asfaltowej drodze od Morskiego Oka do Palenicy. Po ciemku powrót asfaltem nie jest tak ryzykowny, jak schodzenie po kamieniach szlakiem w lesie.

Ale uprzedzam otwarcie, że jeżeli nie macie kondycji to taki szlak powrotny da się wam we znaki. Szlak nie jest trudny, ale męczący, zejście jest długie i wymagające, szczególnie jeśli już przeszliście 9 kilometrów przez Dolinę Roztoki i 2km na przełęcz. Idealnie byłoby zarezerwować nocleg w schronisku w Pięciu Stawach i wówczas powrót przez Świstówkę do Morskiego Oka byłby znacznie łatwiejszy, ale zakładam, że nie chcecie wędrować z plecakami. 

Szlak z Doliny Pięciu Stawów na przełęcz Świstówka jest bardzo malowniczy, to stamtąd zobaczycie piękne widoki na Dolinę Pięciu Stawów. Nam udało się nawet zobaczyć Pieniny po drugiej stronie, bo widoczność była rewelacyjna.



Zejście do Morskiego Oka może być trudne dla osób słabych kondycyjnie. To  szlak główne po kamieniach. Dodatkowo nachylenie jest spore, więc dzieci mogą zbiegać i skakać po kamieniach, co może być niebezpieczne. Dlatego tak ważne są dobre buty.


wskazówka: po przejściu szlaku z Piątki do Morskiego Oka mogę powiedzieć jedno: zdecydowanie nie chciałabym podchodzić od strony Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów z plecakiem, czy nosidłem. Szlak w tę stronę może wykończyć.

Do asfaltówki dotarliśmy późno, bo około 18.00 i uznaliśmy, że nie odbijamy już do schroniska nad Morskim Okiem. To jednak dodatkowe 10-20 minut. Jeżeli jednak uda wam się zejść o rozsądnej porze spacer i odpoczynek w Morskim Oku pozytywnie was naładuje przed długim powrotem asfaltówką w dół do Palenicy Białczańskiej. 

Powrót z Morskiego Oka do Palenicy to odcinek ponad 8km, co prawda ciągle w dół, ale jednak, gdy przeszliście z Doliny Pięciu Stawów to macie już sporo kilometrów ,,w nogach.”

Szczerze mówiąc to nie pałam sympatią do tej asfaltówki. Bez sensu wydaje mi się chodzenie po górach asfaltem, ale…gdy Piotrek był niemowlakiem też raz zabraliśmy go do Morskiego Oka w gondoli, więc rozumiem dlaczego ludzie wybierają ten szlak. 

Jeżeli po przejściu z Doliny Roztoki do Morskiego Oka uznacie, że powrót, jeszcze co najmniej godzinny, asfaltową drogą jest ponad siły waszych dzieci możecie zapłacić góralom i pokonać tę odległość fasiągiem. Fasiągi swój przystanek mają na Włosienicy to jest około 1 i pół kilometra od Morskiego Oka.

wskazówka: fasiągi to, w gwarze góralskiej, wozy do przewożenia turystów. Również musicie zdążyć przed zmrokiem, bo fiakrzy (górale powożący fasiągami) kończą przewozy, gdy zrobi się zupełnie ciemno. W październiku była to 18.30-19.00 . W czerwcu, lipcu  sierpniu, czyli latem wozy powinny kursować do 21.00. Ceny przewozów są ustalane indywidualnie przez fiakrów. 

Taki ,,luksus” powrotnego przejazdu fasiągiem w październiku to 30zł od każdej osoby, również dzieci. W sezonie jest to nawet 50zł. Jedynie dzieci do lat 3 przewożono za darmo. Zresztą ceny przewozów nie są ustalane odgórnie. Płatność oczywiście gotówką.




Nam udało się niemal na styk dotrzeć do asfaltówki przed zmrokiem. Później wracaliśmy w zapadających ciemnościach, ale wygodnie, bo asfaltem. 

ważna informacja: w okresie od 1 grudnia do 15 maja szlak z Morskiego Oka na Świstówkę  jest zamykany, ze względu na ogromne zagrożenie lawinowe. 

Jeżeli przeszliście ten szlak z dziećmi (lub bez) koniecznie podzielcie się w komentarzu waszymi wrażeniami!  Aby wasz komentarz był opublikowany, na końcu zostawcie swoje imię, lub nick!

Na koniec zostawiłam listę stron, gdzie znajdziecie więcej wartościowych informacji: 
1.    Długość szlaku, przewyższenia (ikonka gór w prawym dolnym rogu) i czas obliczycie tu:
mapa turystyczna
2.    Opisy innych szlaków w Tatrach, ze zdjęciami i komentarzami osób, które te szlaki przeszły
http://natatry.pl/szlaki
3.    Już chyba dokładniej nie da się opisać tego szlaku, polecam
https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/dolina-pieciu-stawow-polskich/
oraz
http://i-tatry.pl/wycieczka-dolina-pieciu-stawow/

Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger