""

Popularne posty

2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy w Dolomitach we Włoszech. Bardzo lubimy narciarskie wyjazdy w Dolomity, zawsze jednak wybieraliśmy się tam w okresie, kiedy jest cieplej ( i taniej) czyli w marcu.



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.

11/11/2018

Tatry: łatwe szlaki dla starszych dzieci

Tatry: łatwe szlaki dla starszych dzieci
Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko

Zawsze zachwycają nas młode góry. Te ostre granie, urwiska, skaliste podejścia i oczywiście wysokość, która pozwala cieszyć oczy niesamowitymi widokami.

Nie jesteśmy wyjątkiem, większość osób przyjeżdżających w Tatry zakochuje się w nich od pierwszego spojrzenia z któregoś z tatrzańskich szczytów.

Z roku na rok rośnie liczba turystów przyjeżdżających w Tatry. Według danych Tatrzańskiego Parku Narodowego, po tatrzańskich szlakach w ciągu roku przewija się około 3 miliony osób. Szczyt sezonu przypada w wakacje, kiedy to w okolice Zakopanego przyjeżdża półtora miliona osób.

ciekawostka: w 2011 roku padł rekord: choć trudno w to uwierzyć, jednego dnia w Tatrzańskim Parku Narodowym przebywało około 40,000 osób! 

I właśnie z tego powodu coraz trudniej znaleźć w Tatrach ciche i mało uczęszczane szlaki. Zwykle wędrówka szlakiem oznacza, że będziecie mijali większe, lub mniejsze grupki turystów, zgodnie z regułą: im łatwiejszy szlak tym więcej ludzi.

Dla wielu doświadczonych turystów górskich, którzy doceniają ,,samotność na szlaku" pozostaje wybrać się w sezonie w Tatry słowackie, które wciąż są mniej skomercjalizowane i nie tak popularne wśród turystów z Polski, albo wyjeżdżać w Tatry poza sezonem...


Jeżeli jeszcze nie byliście z dziećmi w Tatrach, a zniechęcają was zdjęcia ludzi, ustawionych jak mrówki w kolejce na szlaku na Giewont, czy zdjęcia tłumów otaczających kolorową mozaiką Morskie Oko, schronisko w Murowańcu, czy Dolinie Kościeliskiej - nie zniechęcajcie się zbyt szybko.

W tym wpisie pokażę wam jeden ze szlaków, który przeszliśmy tej jesieni, a który pozwoli wam zobaczyć znane, piękne widokowo miejsca w Tatrach, a jednocześnie odejść trochę od innych turystów i…trochę się zmęczyć, a nie tylko przespacerować. Jeżeli zastanawiacie się nad wyborem szlaku dla waszych dzieci: oto moja propozycja.








Klasyka wśród tatrzańskich szlaków: 
Dolina Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki. 

Jeśli macie zapał i chęć, by spędzić z dziećmi w górach cały dzień, szlak ten jest względnie bezpieczny, a widokowo naprawdę świetny. Przeszliśmy go z naszym 11latkiem, więc starsze dzieci, które już mają trochę doświadczenia w chodzeniu po górach, dadzą radę.

Powiem więcej, przeglądając nasze archiwalne zdjęcia znalazłam zdjęcie 4 i pół letniego Piotrusia na tym właśnie szlaku! Zupełnie tego nie pamiętałam, bo wtedy zostałam z 2 miesięczną córeczką w domu. Pewnie gdybym była wtedy z mężem i synkiem miałabym spore wątpliwości, czy aby ten szlak nadaje się na wędrówkę z maluchem.

Oczywiście 4latek nie przeszedł szlaku w całości na własnych nogach, ale też przypuszczam, po obejrzeniu zdjęć i charakterze małego Piotrusia ;), że nie został tylko ,,wniesiony" . Okazuje się, że jeżeli rodzic ma doświadczenie i jest kondycyjnie przygotowany na dźwiganie dziecka, gdy te się zmęczy, szlak ten można pokonać nawet z młodszym dzieckiem.

Wskazówka:  szlak ten przeszliśmy jesienią, przy idealnej pogodzie. Góry, a szczególnie Tatry, wiosną, czy zimą to zupełnie inna bajka i inaczej trzeba się przygotować

Jeżeli jednak jeszcze nigdy nie chodziliście po górach z dziećmi, poprzeczka może być za wysoko, szczególnie jeżeli chodzi o odległość do pokonania - w krótszej wersji jest to 18,6 km a w dłuższej plus 4km wspinania się na przełęcz i zejścia z niej. 

Pisząc, że szlak do Doliny Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki, jest dosyć łatwy, ” nie mam na myśli ,,łatwy – spokojnie wejdziesz tam w klapkach, ” a raczej ,,łatwy – nie będziesz z dziećmi przechodził nad przepaścią, podciągał się w górę po kamieniach, czy korzystał z zamontowanych łańcuchów do asekuracji przejścia.” 

Szlak do Doliny Pięciu Stawów przez Dolinę Roztoki nie jest typowym, spacerowym szlakiem dolinką, bo startujecie z wysokości 1100m n.p.m.(Wodogrzmoty) a musicie dojść do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów na wysokości 1672 m n.p.m. 



Szlak do Doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka: odległości i czas przejścia
Start: Łysa Polana  Cel: Dolina Pięciu Stawów  Koniec: Łysa Polana
Szczegóły: Łysa Polana – Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Roztoki – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów –  Świstówka Roztocka– zejście do Morskiego Oka - koniec na Łysej Polanie
Odległość:
Wariant łatwiejszy Palenica - schronisko w Dolinie Pięciu Stawów –Palenica  18,6 km

Moim zdaniem to dosyć duża odległość dla młodszych dzieci. Jednak dla dzieci, które już chodziły po innych górach i dla dzieci >9lat nie jest to odległość nie do pokonania.

Wariant trudniejszy Palenica –Dolina Pięciu Stawów – Świstówka - Morskie Oko - Palenica (nasza trasa). Tu mówimy już o dystansie około 20 km. Sama asfaltówka z  Morskiego Oka do Palenicy ma 8km. 
Czas przejścia:
Wariant łatwiejszy 6h15min
Wariant trudniejszy 7h30min

Szczegóły i dokładny czas  przejścia

1. Palenica Białczańska – Wodogrzmoty (2,8km)
czas według znacznika na szlaku 55min
nasz czas 40min

Ten fragment jest łatwy, po asfalcie. Ze starszymi dziećmi pokonacie ten dystans normalnym tempem w około 40 minut, dzieci nie są jeszcze zmęczone, idzie się łatwo. Ci z was, którzy mają bardzo dobrą kondycję, ten fragment przejdą szybkim tempem nawet w 20 minut.


 
2. Wodogrzmoty – Dolina Roztoki – schronisko w Dolinie Pięciu Stawów (6,5km)
czas według mapy: 2h05 szlak czarny lub 2h20min szlak zielony

nasz czas  z 11latkiem zielonym szlakiem z dłuższą przerwą przy Siklawie około 3h
Na początku szlak jest jeden. Po 1h25 marszu Doliną Roztoki dojdziecie do rozwidlenia na szlak zielony i czarny. Oba szlaki prowadzą do Doliny Pięciu Stawów. Możecie pójść szlakiem zielonym (nasza trasa) co zajmie wam jeszcze około godziny, albo szlakiem czarnym, stromo po schodach, co, według mapy, zajmie wam 40minut. Nie sugerujcie się kolorem, czarny kolor szlaku nie oznacza poziomu trudności.







3. Dolina Pięciu Stawów – Świstówka Roztocka – asfaltówka do Morskiego Oka (4,1km)
czas: 1h50min
Plus dodatkowo 10 minut asfaltem, jeżeli chcecie odbić w prawo do schroniska nad Morskim Okiem.

4. powrót asfaltem Morskie Oko – Palenica Białczańska około 8km (2h05min)

Alternatywny powrót:  tylko 20minut asfaltówką do Włosienicy skąd odjeżdżają fasiągi. Stąd możecie zjechać wozem za ,,drobną” opłatą 30zł od osoby (również dzieci powyżej 3 lat, październik 2018)


Dolina Pięciu Stawów – jak dojechać i gdzie zaparkować?

Szlak do Doliny Pięciu Stawów i Morskiego Oka zaczyna się na Palenicy Białczańskiej, gdzie możecie dojechać busem, lub autem. Palenica Białczańska to popularne miejsce na rozpoczynanie górskiej wędrówki ze względu na bardzo dobry dojazd z Zakopanego. Dodatkowo dla zmotoryzowanych są parkingi, na których można zostawić auto na cały dzień. Koszt parkowania na Łysej Polanie za cały dzień to 25 zł (2018) 

Wskazówka: jeżeli  dojeżdżacie busem i zaczynacie i kończycie wędrówkę w Palenicy musicie dobrze wyliczyć czas, by wieczorem zastać jeszcze jakieś busy, które zabiorą was z powrotem. W sezonie, gdy jest dużo turystów, busy stoją i do przysłowiowego ostatniego chętnego, chociaż warto się upewnić u kierowcy, o której będzie ostatni kurs.

Dojazd samochodem da wam niezależność jeżeli chodzi o godzinę powrotu, ale musicie liczyć się z trudnościami w znalezieniu miejsca do zaparkowania. Aby mieć pewność, że uda wam się zaparkować na jednym z bliskich parkingów w sezonie, lub w słoneczne weekendy jesienią, musicie być w Palenicy jak najwcześniej. Po 8.00 w sezonie i podczas dobrej pogody w weekendy, możecie mieć już problemy ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.

Wskazówka: gdy parkingi na Palenicy Białczańskiej i na Łysej Polanie się zapełnią, pozostaje wam szukać miejsca do parkowania wzdłuż drogi, a aut może być naprawdę sporo. W październikowy, słoneczny weekend samochody były zaparkowane na ponad kilometrowym odcinku. 

My zaparkowaliśmy na Łysej Polanie, 10 minut asfaltem od kas na Palenicy Białczańskiej. Jak zwykle  przy doskonałej pogodzie przy kasach robią się długie kolejki. 10-20 minut oczekiwania to standard. W kasie kupiliśmy bilety wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Bilet jednodniowy dla dorosłych to 5zł dla dzieci 2,5 zł, można płacić kartą.



Ceprostradą do Morskiego Oka

Po przejściu bramek za kasami razem z rzeszą innych turystów ruszyliśmy dalej.
Szczerze, to miałam wrażenie, że uczestniczymy w jakimś exodusie. Ludzie z wózkami, z kijkami do Nordic Walking, z dziećmi w przeróżnym wieku, rozkrzyczani nastolatkowie, grupy znajomych rodzin głośno się nawołujące, wszyscy niosący plecaki i plecaczki różnej wielkości. 




Ciekawostka: Asfaltowy szlak do Morskiego Oka jest naprawdę bardzo popularny i nazywany jest ceprostradą. Określenie ceper nie cepr!(l.mn. cepry) to w góralskiej gwarze określenie każdego, kto góralem nie jest. I jest to określenie, można powiedzieć, lekceważące. Także jeżeli przypadkiem usłyszycie, że: Takie ceny to tylko dla ceprów to nie myślcie, że to najniższa możliwa cena.
 
Początkowo ,,ceprami” nazywano pracowników kolejowych, budowlanych i innych, którzy zarobkowo przyjeżdżali na Podhale z innych regionów. W okresie międzywojennym, określenie ceper nabrało negatywnego wydźwięku. Ceprami zaczęto nazywać kompletnie nieprzygotowanych do wędrówki pseudoturystów wychodzących w Tatry. Również i teraz doświadczeni turyści górscy używają określenia: cepry, mówiąc o osobach chodzących w góry bez podstawowych umiejętności, tzw. ,,niedzielnych" turystów. 

Około pół godziny później doszliśmy do wejścia do Doliny Roztoki i nasze drogi się rozeszły. 80% rozgadanych turystów ruszyło dalej w stronę Morskiego Oka, a my skręciliśmy w Dolinę Roztoki i … tu zrobiło się spokojniej. Zupełnie jakbyś z ruchliwej ulicy w centrum miasta przeniósł się na spokojną podmiejską uliczkę.  

wskazówka: wejście do Doliny Roztoki znajduje się kilkadziesiąt metrów za Wodogrzmotami Mickiewicza i zaczyna się stromym podejściem. Wodogrzmotów Mickiewicza nie da się przegapić, są przy asfaltowej drodze do Morskiego Oka, jest tabliczka i w sezonie jest zawsze sporo ludzi.



Dolina Roztoki: praktyczne wskazówki
* Szlak przez Dolinę Roztoki poleciłabym raczej dla starszych dzieci (powyżej 8/9 lat) bo na ścieżkach jest sporo kamieni, często luźno poukładanych, sporo jest też podchodzenia. Młodsze dzieci też sobie poradzą, ważne jest by miały dobre buty, towarzystwo i chęci.


Do Piątki czyli Doliny Pięciu Stawów poszliśmy tylko z Piotrem, naszym 11 letnim synem. Wiedzieliśmy, że Agusia (7lat) bez towarzystwa innych dzieci w jej wieku  będzie nam marudzić i ociągać się na szlaku. Nie skakała z radości, gdy planowaliśmy wyjście w góry, więc zostawiliśmy ją pod opieką babci i dziadka.

Pewnie gdybyśmy szli razem z córką, wrócilibyśmy z Doliny Pięciu Stawów do Palenicy i nie zdecydowalibyśmy się na przejście do Morskiego Oka. To jednak byłoby spore wyzwanie dla naszej 7 latki, głównie ze względu na dużą odległość.
* Szlak przez Dolinę Roztoki jest widokowo ładny, ale  ponieważ słońce w październiku jest nisko, długo szliśmy w cieniu.



* Dzieci może zaciekawić ,,połamany las” - wiatrołom, kilkaset połamanych drzew. Może to być tzw. ciekawy punkt podczas waszej wędrówki. Dzieci potrzebują jakiegoś bardziej konkretnego celu, a najlepiej kilku, by chętniej maszerować. O wiele lepiej brzmi: ,,Idziemy zobaczyć ,,połamany las”” niż ,,Idziemy zobaczyć dolinę Roztoki”




wskazówka: jeżeli chcecie zająć młodsze dzieci ciekawą historią opowiadaną podczas wędrówki, wyszukajcie streszczenie/przeczytajcie Rogasia z Doliny Roztoki Marii Kownackiej.

* Na szlaku przez Dolinę Roztoki nie ma toalet (ostatnie Toi Toie przy Wodogrzmotach Mickiewicza, potem dopiero schronisko) nie ma drewnianych stołów i ław, koszy na śmieci i mam nadzieję, że to się nie zmieni. O wiele przyjemniej jest przysiąść na kłodzie drzewa, czy pniu i nie widzieć wypełnionych po brzegi koszy na śmieci.
Podstawa to dobre buty

Na końcowym etapie wędrówki macie dwie możliwości dotarcia do celu. Czarny szlak (40min) stromo pod górę po ułożonych kamieniach, albo dłuższy, prawie godzinny szlak zielony (55min)

Ten dłuższy odcinek jest moim zdaniem przyjemniejszy i ciekawszy dla dzieci, bo mija się Wielką Siklawę, największy wodospad  w Polsce, mający około 70 metrów. Jednak to właśnie tam musicie przejść po kamieniach i głazach, które mogą być mokre i śliskie.

Nie ma przepaści, czy ostrych stromizn, ale przewrócić się łatwo szczególnie po deszczu jeżeli ma się słabe buty i niekoniecznie świetną kondycję. Z dzieckiem w nosidle raczej nie ryzykowałabym przejścia szlakiem zielonym.



Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów

Gdy dotarliśmy do schroniska przekonaliśmy się, że słońce w Tatrach przyciąga jak magnes – nie pamiętam, bym kiedyś tu widziała tylu turystów.  Takie widoki kojarzę raczej z Murowańcem (schronisko pod Kasprowym Wierchem) dosyć popularnym wśród turystów i wycieczek szkolnych miejscem. Ale Dolina Pięciu Stawów? 

Jedno jest pewne : dzieci poniżej 5 lat i  rodziców z nosidłami można było policzyć na palcach. Dlaczego? Moim zdaniem, by dziecko bezpiecznie wnieść w nosidle na plecach do Doliny Pięciu Stawów trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję, a dla mniejszych dzieci to jednak za duża odległość, by wejść o własnych siłach. Podejście od Morskiego Oka jak i od Zawratu nie nadaje się na samodzielne wejście dla małych dzieci.

Przełęcz Zawrat to łańcuchy, a podejście od Morskiego Oka to długa wspinaczka, bez ekspozycji, ale jednak za ciężko dla młodszych dzieci, które w górach bywają okazjonalnie.
Menu w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów zaskoczyło mnie swoją …nowoczesnością. To już nie te klimaty, kiedy w górskim schronisku można było dostać tylko kwaśnicę, gulasz i kiełbasę. Teraz wybór jest jak w restauracji, przy zamówieniu dostaje się beeper, możesz sobie posiedzieć na zewnątrz, a beeper zacznie migać, gdy twoje zamówienie będzie gotowe. Światowo się zrobiło…

Nie zapomnijcie o latarkach!

Gdy dotrzecie do Doliny Pięciu Stawów koniecznie zorientujcie się ile macie czasu, by przed zmrokiem zejść z dziećmi z gór. Szczególnie jeżeli nie macie czołówek, czy latarek. Dlaczego jest to tak ważne, by zejść ze szlaku przed zachodem słońca? 

W październiku słońce zachodzi między 18.30 a 19.00 i teraz wyobraźcie sobie, że nagle robi się niesamowicie ciemno, a przed wami jeszcze spory kawał drogi w dół. Schodzenie po kamieniach, w ciemności, szczególnie, gdy już jesteście zmęczeni po całym dniu może się skończyć większym, lub mniejszym urazem. 

Jeżeli nie planujecie przejścia dalej do Morskiego Oka, a będziecie wracać tym samym szlakiem przez Dolinę Roztoki to naprawdę polecam wam tak zaplanować waszą wędrówkę, by po dojściu do Doliny Pięciu Stawów i odpoczynku w schronisku wspiąć się wyżej, by zobaczyć dolinę w całej okazałości. Ładne widokowe punkty znajdują się na szlaku na Świstówkę i na szlaku na Zawrat od Doliny Pięciu Stawów. Samo podejście na Zawrat od strony Doliny Pięciu Stawów to 1h40min, ale widoki są wspaniałe na całym podejściu.

wskazówka: część bardziej doświadczonych osób właśnie przez Zawrat będzie wracać w dół, by skończyć wędrówkę w Kuźnicach. Jeżeli wam też wpadnie do głowy pomysł, by przejść przez Zawrat z dziećmi i wrócić szlakiem przy Czarnym Stawie Gąsienicowym, to podpowiem wam, że po drugiej stronie Zawratu jest stromo, są łańcuchy i raczej przydałoby się mieć doświadczenie w schodzeniu, które jest w takich miejscach trudniejsze niż wchodzenie. Jeżeli macie doświadczenie to z nastolatkami możecie spróbować wrócić tym szlakiem.

Alternatywna droga powrotu: przez Świstówkę do Morskiego Oka

My nie mieliśmy dużego zapasu czasu, ale mimo wszystko, znając możliwości naszego 11 letniego syna, postanowiliśmy nie wracać Doliną Roztoki, a wybraliśmy dłuższy szlak przez Świstówkę do Morskiego Oka.

Gdy wybieracie taki wariant powrotu, znowu powtarzam, ważne jest by po zmroku znaleźć się już na asfaltowej drodze od Morskiego Oka do Palenicy. Po ciemku powrót asfaltem nie jest tak ryzykowny, jak schodzenie po kamieniach szlakiem w lesie.

Ale uprzedzam otwarcie, że jeżeli nie macie kondycji to taki szlak powrotny da się wam we znaki. Szlak nie jest trudny, ale męczący, zejście jest długie i wymagające, szczególnie jeśli już przeszliście 9 kilometrów przez Dolinę Roztoki i 2km na przełęcz. Idealnie byłoby zarezerwować nocleg w schronisku w Pięciu Stawach i wówczas powrót przez Świstówkę do Morskiego Oka byłby znacznie łatwiejszy, ale zakładam, że nie chcecie wędrować z plecakami. 

Szlak z Doliny Pięciu Stawów na przełęcz Świstówka jest bardzo malowniczy, to stamtąd zobaczycie piękne widoki na Dolinę Pięciu Stawów. Nam udało się nawet zobaczyć Pieniny po drugiej stronie, bo widoczność była rewelacyjna.



Zejście do Morskiego Oka może być trudne dla osób słabych kondycyjnie. To  szlak główne po kamieniach. Dodatkowo nachylenie jest spore, więc dzieci mogą zbiegać i skakać po kamieniach, co może być niebezpieczne. Dlatego tak ważne są dobre buty.


wskazówka: po przejściu szlaku z Piątki do Morskiego Oka mogę powiedzieć jedno: zdecydowanie nie chciałabym podchodzić od strony Morskiego Oka do Doliny Pięciu Stawów z plecakiem, czy nosidłem. Szlak w tę stronę może wykończyć.

Do asfaltówki dotarliśmy późno, bo około 18.00 i uznaliśmy, że nie odbijamy już do schroniska nad Morskim Okiem. To jednak dodatkowe 10-20 minut. Jeżeli jednak uda wam się zejść o rozsądnej porze spacer i odpoczynek w Morskim Oku pozytywnie was naładuje przed długim powrotem asfaltówką w dół do Palenicy Białczańskiej. 

Powrót z Morskiego Oka do Palenicy to odcinek ponad 8km, co prawda ciągle w dół, ale jednak, gdy przeszliście z Doliny Pięciu Stawów to macie już sporo kilometrów ,,w nogach.”

Szczerze mówiąc to nie pałam sympatią do tej asfaltówki. Bez sensu wydaje mi się chodzenie po górach asfaltem, ale…gdy Piotrek był niemowlakiem też raz zabraliśmy go do Morskiego Oka w gondoli, więc rozumiem dlaczego ludzie wybierają ten szlak. 

Jeżeli po przejściu z Doliny Roztoki do Morskiego Oka uznacie, że powrót, jeszcze co najmniej godzinny, asfaltową drogą jest ponad siły waszych dzieci możecie zapłacić góralom i pokonać tę odległość fasiągiem. Fasiągi swój przystanek mają na Włosienicy to jest około 1 i pół kilometra od Morskiego Oka.

wskazówka: fasiągi to, w gwarze góralskiej, wozy do przewożenia turystów. Również musicie zdążyć przed zmrokiem, bo fiakrzy (górale powożący fasiągami) kończą przewozy, gdy zrobi się zupełnie ciemno. W październiku była to 18.30-19.00 . W czerwcu, lipcu  sierpniu, czyli latem wozy powinny kursować do 21.00. Ceny przewozów są ustalane indywidualnie przez fiakrów. 

Taki ,,luksus” powrotnego przejazdu fasiągiem w październiku to 30zł od każdej osoby, również dzieci. W sezonie jest to nawet 50zł. Jedynie dzieci do lat 3 przewożono za darmo. Zresztą ceny przewozów nie są ustalane odgórnie. Płatność oczywiście gotówką.




Nam udało się niemal na styk dotrzeć do asfaltówki przed zmrokiem. Później wracaliśmy w zapadających ciemnościach, ale wygodnie, bo asfaltem. 

ważna informacja: w okresie od 1 grudnia do 15 maja szlak z Morskiego Oka na Świstówkę  jest zamykany, ze względu na ogromne zagrożenie lawinowe. 

Jeżeli przeszliście ten szlak z dziećmi (lub bez) koniecznie podzielcie się w komentarzu waszymi wrażeniami!  Aby wasz komentarz był opublikowany, na końcu zostawcie swoje imię, lub nick!

Na koniec zostawiłam listę stron, gdzie znajdziecie więcej wartościowych informacji: 
1.    Długość szlaku, przewyższenia (ikonka gór w prawym dolnym rogu) i czas obliczycie tu:
mapa turystyczna
2.    Opisy innych szlaków w Tatrach, ze zdjęciami i komentarzami osób, które te szlaki przeszły
http://natatry.pl/szlaki
3.    Już chyba dokładniej nie da się opisać tego szlaku, polecam
https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/dolina-pieciu-stawow-polskich/
oraz
http://i-tatry.pl/wycieczka-dolina-pieciu-stawow/

9/21/2018

Paryż z dziećmi w jeden dzień

Paryż z dziećmi w jeden dzień
Duże miasta, czy metropolie, które przeżywają wieczne, turystyczne oblężenie najchętniej omijałabym szerokim łukiem, ale czasem trzeba, a nawet powinno się, zrobić wyjątek, szczególnie gdy chodzi o miasto takiego formatu jak Paryż.

To prawda, zwiedzanie każdego dużego miasta z dziećmi stanowi wyzwanie, bo,  jak wiecie, dzieci mają zupełnie inne priorytety i gdy na szali położycie Luwr i plac zabaw w parku, lub interaktywne centrum nauki to…wiadomo co wybierze większość dzieciaków. 

Jak więc pogodzić wasze oczekiwania z potrzebami waszych dzieci, szczególnie gdy macie tylko jeden dzień, by zwiedzić Paryż? 

Jak trafiliśmy do Paryża...



Wracając z naszego wakacyjnego road tripu po północnej Francji,  postanowiliśmy przeznaczyć jeden i pół dnia właśnie na Paryż. To bardzo krótko, jednak wystarczająco, by zorientować się jak to w tym Paryżu jest.

Przyznam się wam, że do zwiedzania Paryża się nie przygotowałam, bo nie sądziłam, że zdecydujemy się tam zatrzymać w szczycie sezonu turystycznego. Miałam tylko jeden wieczór, by znaleźć w sieci jakieś sensowne wskazówki na temat tego, co warto zobaczyć i jak się po Paryżu poruszać. 

Nasz oldskulowy przewodnik w formie książkowej na niewiele się przydał, bo ilość zabytków, muzeów i galerii była przytłaczająca. W zasadzie potrzebowalibyśmy co najmniej tygodnia, by zobaczyć wszystkie paryskie zabytki, nie mówiąc już o innych atrakcjach i ciekawych miejscach w Paryżu.

Poszukując informacji odkryłam, że ilość stron i blogów ze wskazówkami i relacjami ze zwiedzania Paryża jest naprawdę imponująca. Niestety powoduje to też pewien chaos, bo wartościowe strony z informacjami praktycznymi giną w gąszczu fotorelacji i zachwytów nad tym, jak to pysznie smakuje croissant z kawą.

Najważniejszy jest dobry plan


Nie ma czegoś takiego jak spontaniczne zwiedzanie metropolii takiej jak Paryż w jeden dzień i do tego z dziećmi. To po prostu nie działa. By dobrze wykorzystać wasz czas w Paryżu musicie mieć PLAN. 

Nasz plan minimum na jeden i pół dnia zakładał: wejście z dziećmi po schodach na wieżę Eiffla, zobaczenie na żywo Łuku Tryumfalnego i Pól Elizejskich, rejs statkiem po Sekwanie, zwiedzanie katedry Notre Dame i Bazyliki Sacre Coeur na wzgórzu Montmartre. Po doświadczeniach spod wieży Eiffla, o których zaraz przeczytacie, postanowiłam nie zabierać dzieci do Luwru, czy Musée d’Orsay.

Wieża Eiffla (Tour Eiffel) : a może tak po schodach?
gdzie: stacja metra Trocadéro
Założę się, że jeśli zapytacie wasze, nawet małe, dzieci o słynne zabytki Paryża prawie wszystkie wymienią na pierwszym miejscu wieżę Eiffla. Wieża Eiffla jest znakiem rozpoznawczym nie tylko Paryża, ale i całej Francji.  I niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że była zaprojektowana jako budowla czasowa i miała być rozmontowana.

To niesamowite jak zwykła, w sumie niezbyt wyszukana pod względem architektonicznym budowla wzniesiona na Wystawę Światową w 1889, może przyćmić inne paryskie zabytki. Tak więc jeżeli jedziecie do Paryża po raz pierwszy, czy z dziećmi, czy bez, wieża Eiffla bez wątpienia znajdzie się na waszej liście 10 miejsc w Paryżu, których nie możecie pominąć.
Zakładam, że kierując swoje kroki w stronę Wieży Eiffla jesteście przygotowani na tłumy turystów - to jest przecież oczywiste.

Wiele osób po raz pierwszy wybierających się do Paryża, będzie się zastanawiać skąd jest najlepszy widok na wieżę Eiffla. My wybraliśmy Place du Trocadéro, miejsce znane z tego, że to właśnie tam powstaje większość selfies i groupies, czyli turyści, w różnych pozach, fotografują się z wieżą Eiffla w tle.

wskazówka: w słoneczne dni latem trudno jest zrobić tu dobre zdjęcie, bo słońce macie wprost w obiektyw.



Gdy minęło pierwsze wrażenie (wow, wieża Eiffla, naprawdę tu jesteśmy!) spontanicznie postanowiliśmy, że co tam kolejki! Chcemy zobaczyć Paryż z Wieży Eiffla! Może okaże się, że nie będzie tak źle z czasem oczekiwania do kas...
Nasz sprytny plan zakładał, że ustawimy się w kolejce do kasy dla wchodzących po schodach. Założyliśmy (błędnie, sugerując się wpisem na jednej ze stron o Paryżu), że chętnych do wejścia na wieżę po schodach będzie zdecydowanie mniej (komu chciałoby się męczyć) niż chętnych do wjazdu windą, tak więc i hipotetyczna kolejka miała być krótsza. 

Założyliśmy (również błędnie) że kilkadziesiąt osób stojących jedna za drugą pod wieżą Eiffla to musi być kolejka do kas, która rozdzieli się później na tę dla wjeżdżających windą i tę dla wchodzących po schodach. 

Po prawie godzinie czekania, gdy myśleliśmy, że już dochodzimy do kas okazało się, że staliśmy w kolejce… do kontroli!  Przejście przez bramki jak na lotnisku, dokładne sprawdzanie plecaków i toreb, zakaz wnoszenia na przykład szklanych butelek, te które macie musicie wyrzucić (nie ma depozytu) także nie zabierajcie wody, czy soków w szklanych butelkach i nie planujcie lampki szampana na szczycie wieży. 

Po przejściu bramek naszym oczom już pod wieżą Eiffla ukazały się już te właściwe kolejki. To, co widzicie na zdjęciu poniżej tak razy cztery.



Morze głów, kolejki do czterech kas, kolejkowy Armagedon! Kolejka do wejścia po schodach – na co najmniej dwie godziny! Przypomnę wam, że już prawie godzinę staliśmy w kolejce do kontroli. Uznaliśmy, że nie warto marnować czasu, pokręciliśmy się pod wieżą oglądając jej konstrukcję i z ulgą opuściliśmy tłum.

wskazówka: jeżeli bardzo zależy wam (lub dzieciom) na tym, by koniecznie wjechać/wejść na wieżę Eiffla bezwzględnie radzę wam kupić bilety przez internet! I to z wyprzedzeniem.

Możecie to zrobić przez oficjalną stronę pod tym linkiem:
Wieża Eiffla bilety online

By mieć pewność, że dostaniecie bilety na wjazd windą na ostatnie piętro musicie kupić je z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem (wrzesień). Ale pamiętajcie, że teraz jest już poza sezonem.

Latem możecie mieć znacznie większe problemy z zakupem jakiegokolwiek biletu online. Zimą możecie rzeczywiście próbować bez rezerwacji i pewnie będzie mało chętnych do wchodzenia po schodach. Tylko, że gdy temperatury są niskie a wiatr was przewiewa to średnia przyjemność.

Dla tych posiadających bilety zakupione online jest osobne wejście przez bramkę do kontroli, tak więc przynajmniej nie będziecie musieli stać w długiej kolejce przed kolejką właściwą. Oczywiście długie kolejki do kontroli tworzą się w sezonie.

Rejs po Sekwanie
gdzie: nadbrzeże pod wieżą Eiffla

Nasz kolejny sprytny plan zakładał, że rejs po Sekwanie pozwoli nam uniknąć przemieszczania się metrem, a  będziemy mogli obejrzeć słynne paryskie zabytki.

Po odstaniu swojego w kolejce do kas (kolejne 15 minut) i odczekaniu do momentu, gdy zaczną wpuszczać na pokład (kolejne 20 minut) ruszyliśmy w godzinny rejs. 



Po Sekwanie pływa wiele łodzi i wielu przewoźników oferuje swe usługi – ciężko się w tym połapać. Gdybym miała jeszcze raz skorzystać z rejsu statkiem – wybrałabym przewoźnika oferującego możliwość wysiadania/wsiadania przy poszczególnych zabytkach. Zaoszczędziłoby nam to sporo czasu i dodatkowo nie musielibyśmy podróżować mało przyjemnym, bo zatłoczonym, metrem paryskim.

Na zdjęciu możecie zobaczyć, które zabytki mijaliśmy. (czas trwania wycieczki: godzina Sightseeing Cruise) Tak naprawdę dzięki tej wycieczce dokładnie obejrzeliśmy wszystkie słynne ... mosty i nadbrzeże Sekwany. Przepłynęliśmy pod mostem Aleksandra III, zobaczyliśmy budynek L'Assemblee Nationale, Katedrę Notre Dame, Luwr i wieżę Eiffla od strony Sekwany.
Naprawdę brakowało jakiegoś przewodnika, który opowiadałby po angielsku o mijanych zabytkach, przynajmniej nie było go na górnym pokładzie.




Niestety, nasz rejs nie zakładał możliwości wsiadania/wysiadania i w efekcie byliśmy z dziećmi uwięzieni na godzinę na sporym statku o dwóch pokładach. Być może gdybyśmy mieli słuchawki z  nagranymi informacjami o mijanych zabytkach, albo ulotkę z ciekawostkami na temat mijanych miejsc, rejs po Sekwanie byłby ciekawszy i dla nas i dla dzieci.

A tak dzieci po pierwszych piętnastu minutach się po prostu nudziły. Gusia położyła się na moich kolanach i oznajmiła, że idzie spać – dla 7 latki rejs, podczas którego nic się w zasadzie nie dzieje to nuuuuuda.



Mnie ciekawiło paryskie życie na betonowym nadbrzeżu Sekwany, a że była to akurat pora lunchu, na schodach na nadbrzeżu paryżanie i turyści urządzali sobie spotkania konsumując co tam przynieśli z knajpek z jedzeniem na wynos. Jakieś niedobitki po nocnych imprezach spały po prostu na betonie, czy ławce, z bluzą pod głową i czapką na oczach – samo życie.







Po zakończonym rejsie i lunchu postanowiliśmy zobaczyć Łuk Tryumfalny i Pola Elizejskie.

Łuk Triumfalny (Arc de Triomphe) : w poszukiwaniu polskich akcentów
gdzie: stacja metra Rondo de Gaulle (Charles de Gaulle- Étoile)


Łuk Triumfalny jest kolejnym po wieży Eiffla charakterystycznym zabytkiem Paryża, a ponieważ jest tak rozpoznawalny –  pełno jest tu turystów. Niektórzy z nich z narażeniem życia wychodzą na środek (sic!) ulicy pomiędzy jeżdżące auta, by pstryknąć sobie fotkę – no naprawdę podziwiam ich determinację.



Łuk Triumfalny jest pośrodku ronda de Gaulla, tak więc gdy już tam dotrzecie wokół ,,wyspy” na której znajduje się Łuk, po rondzie będą bez przerwy jeździć auta. Będziecie mogli przekonać się dlaczego w Paryżu warto wybrać komunikację miejską zamiast własnego auta. 

Na inskrypcjach na Łuku Triumfalnym warto poszukać polskich akcentów: w oczy rzuca się nazwisko Poniatowsky, ale postarajcie się znaleźć i inne nazwy i nazwiska! Świetne zadanie dla dzieci.



wskazówka: gdy chcecie zobaczyć panoramę Paryża z promieniście rozchodzącymi się drogami od Ronda de Gaulle’a kupcie wcześniej (przez internet) bilet na Arc de Triomphe

Tłum z Notre Dame
gdzie: stacja metra  Saint-Michel Notre-Dame



I tu również nie byliśmy zaskoczeni widząc tłumy, ale na szczęście okazało się, że kolejka do wejścia, tak naprawdę kolejka do kontroli (security check) porusza się bardzo szybko. 

Nie czekaliśmy dłużej niż 15 minut. Wnętrza katedry Notre Dame w Paryżu są wyjątkowe, ale…jest to dla mnie niepojęte, że w środku katedry jest spory SKLEP! Normalnie dewocjonalia pełną parą. Coś, co dla mnie zupełnie kłóci się z głównym przeznaczeniem kościołów.

Po zwiedzaniu Katedry dzieci nam się zbuntowały, duch w narodzie upadł i jedyne pytanie, które ciągle powracało brzmiało: kiedy pójdziemy w końcu na jakiś plac zabaw, albo na lody, albo do parku. Tak więc na szybko wyszukaliśmy najsłynniejszy park Paryża, czyli…

Ogrody Luksemburskie (Jardin du Luxembourg)

Według mapy Ogrody Luksemburskie znajdują się w odległości prawie półtora kilometra od Katedry Notre Dame. Ostatnie nasze odczucia po przejażdżce metrem były podobne do tych, które mogłyby mieć  sardynki w puszce, gdyby wcześniej nie zostały pozbawione życia (ha ha) Tak więc zagłosowaliśmy za pokonaniem trasy między katedrą a Ogrodami pieszo. 




Jeżeli myślicie, że w Ogrodach Luksemburskich znajdziecie miejsca odosobnione, gdzie w otoczeniu zieleni będziecie napawać się spokojem to nie liczcie na zbyt wiele. Ogrody Luksemburskie są miejscem, gdzie chętnie przychodzą paryżanie i ci z dziećmi i ci po pracy. Ciekawym pomysłem są metalowe krzesełka ustawiane w różnych konfiguracjach po parku. Można sobie przysiąść i poczytać. A z tą ,,zielenią" to bym nie przesadzała, szczególnie latem. Widok taki jak poniżej to raczej norma, a nie wyjątek.



Gdy dotarliśmy do Ogrodów Luksemburskich od razu skierowaliśmy się w tę część, gdzie miał być zlokalizowany plac zabaw. 

,,Jest dobrze" pomyślałam sobie, gdy zobaczyłam sporą ilość konstrukcji, zjeżdżalni i innych atrakcji charakterystycznych dla placów zabaw dla dzieci.



,,Jest nieźle" pomyślałam, gdy na tabliczce na jednej z konstrukcji zobaczyłam: tylko dla dzieci powyżej 7 roku życia, czyli znajdzie się i coś dla bardziej wymagających małych wspinaczy.



,,Jest fatalnie" powiedziałam, gdy zobaczyłam jak jakiś mężczyzna zamyka na klucz furtkę na plac zabaw. Nie, naprawdę?? Zamykacie tu w Paryżu place zabaw?? Co jest grane?  Ja rozumiem, że dziś wieczorem Francja gra mecz (Były wtedy mistrzostwa) ale żeby zamykać plac zabaw o 19.00?Latem?? Oczywiście na tablicy godzin otwarcia - puste okienka. No tak, jesteśmy we Francji...



Wiadomość dla wszystkich rodziców turystycznie odwiedzających Paryż z dziećmi: plac zabaw w Ogrodach Luksemburskich zamykany jest o ....(tu musicie sprawdzić online, chociaż znając francuskie nieścisłości między tym co jest online, a właściwymi godzinami otwarcia, to nie liczyłabym na japońską precyzję, czy też niemiecką niezawodność) a co więcej wejście na ów plac jest płatne.

Bardzo to dziwne, bo muzea i galerie są darmowe, a taki plac zabaw w parku, wcale nie jakiś wyszukany, czy rewelacyjny, jest płatny. Nawet dla osoby dorosłej, czyli opiekuna. Ach przepraszam, niemowlaki w wózkach i maluchy do 15 miesiąca życia wchodzą na plac zabaw za darmo.

Gusia, nasza 7 latka, była niepocieszona, ale zgodnie z jej charakterem nie poddała się łatwo. Razem z dwójką francuskich chłopców mniej więcej w jej wieku, postanowiła sforsować płot. No bo przecież to symboliczne ciastko za szybą jest tak blisko, niestety po naszej interwencji nic z tego nie wyszło….Taki fajny plac zabaw, do którego szła przez cały Paryż, a tu proszę 19.00 i koniec pracy. Ach ci Francuzi… 

Tak, w ogromnym skrócie, wyglądał nasz dzień w Paryżu. Szczerze przyznam, że byliśmy wymęczeni. I upałem i tłumami i kilometrami, które przeszliśmy. Czy dopadł nas syndrom paryski? Nie, bo nie mieliśmy zbyt wygórowanych oczekiwań i romantycznych wyobrażeń na temat stolicy Francji. Czy pojechalibyśmy do Paryża jeszcze raz? Tak, ale na pewno nie latem.

wskazówka: jeżeli planujecie połączyć wyjazd do Disneylandu ze zwiedzaniem Paryża proponuję przede wszystkim wybrać termin inny niż lipiec/sierpień. Unikniecie największych tłumów i wysokich temperatur.   

A na koniec ciekawostka:

Wiecie ilu turystów w ubiegłym roku odwiedziło Paryż? Prawie 34 miliony (dokładnie 33 800 000), o 3 miliony więcej niż w 2016. Zamachy terrorystyczne z 2015 i 2016 roku odeszły w niepamięć i ponownie coraz więcej turystów decyduje się na przyjazd (zwykle lot) do Paryża. Zapewne ten rok też będzie rekordowy. Banalne, ale prawdziwe: Paryż jest zatłoczony, a szczególnie zatłoczony jest latem. Musicie się z tym pogodzić, potraktować jako oczywistość i przede wszystkim się na to przygotować, szczególnie jeżeli jedziecie do Paryża z dziećmi.

Już wkrótce przeczytacie  o tym jak nie pogubić się w paryskim metrze i o tym jakie bilety warto kupić będąc w Paryżu. Napiszę też o wzgórzu Montmartre, ciekawych faktach ,,z życia” wieży Eiffla i stronach, które musicie odwiedzić przed wyjazdem do Paryża. 

Wasze komentarze są fantastyczne! Dziękuję za wszystkie i te motywujące i te konstruktywnie krytyczne. Jeżeli chcecie, by wasz komentarz został opublikowany - zostawcie swoje imię/nick na końcu komentarza :) À bientôt!

8/16/2018

Legoland Niemcy, czy Dania?

Legoland Niemcy, czy Dania?
Zwykle gdy wyruszamy z dziećmi w dłuższą, wakacyjną trasę, szukamy po drodze miejsc-przystanków, w których moglibyśmy zatrzymać się na dwa, lub trzy dni.

W ubiegłym roku tym przystankiem stał się Legoland w Günzburg.  Tak naprawdę to nie byłam pewna, czy to dobry pomysł.. Nasza 7 letnia córka była w idealnym wieku na wizytę w Legolandzie, ale Piotrek miał już 11 lat i obawiałam się, że atrakcje w Legolandzie mogą wydać mu się trochę nudne.

Postanowiliśmy jednak zaryzykować, wierząc, że przecież klocki Lego podobają się dzieciom bez względu na wiek.  i... okazało się, że dobrze wybraliśmy!


wejście główne Legoland Billund


To fakt, nie jest łatwo zachować tę świeżość spojrzenia i oceny, gdy już raz coś się przeżyje. Zazwyczaj patrzy się na kolejne doświadczenie porównując je do tego pierwszego. 
 
A my już w Legolandzie byliśmy i to właśnie w Danii w Billund. (O duńskim Legolandzie możecie przeczytać w osobnych wpisach) W Billund dzieciom bardzo się podobało, ale tak jak pisałam, były wtedy młodsze. Dlatego zastanawiałam się, czy spodoba im się tak samo i w Gunzburg?

W tym wpisie pojawi się więc sporo porównań Legolandu niemieckiego do Legolandu duńskiego, w którym byliśmy z dziećmi podczas naszej objazdówki po Danii. 
 
 
 


Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger