""
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ośrodki narciarskie na narty z dziećmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ośrodki narciarskie na narty z dziećmi. Pokaż wszystkie posty

2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy w Dolomitach we Włoszech. Bardzo lubimy narciarskie wyjazdy w Dolomity, zawsze jednak wybieraliśmy się tam w okresie, kiedy jest cieplej ( i taniej) czyli w marcu.



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.

4/18/2018

Val di Sole: Dolomity w marcu

Val di Sole: Dolomity w marcu

Val di Sole, czyli Dolina Słońca, to zdecydowanie mój ulubiony region narciarski wśród wszystkich, w których do tej pory byłam. Powiem więcej, jeżeli miałabym wyjechać na narty tylko raz w sezonie narciarskim, to zdecydowanie wybrałabym Dolomity w marcu, w pełni akceptując ryzyko dodatnich temperatur i możliwych opadów deszczu.

Zresztą, powiedzmy szczerze, przy tej ilości śniegu jaka zalega na alpejskich stokach po zimie, nawet niewielkie ocieplenie nie zmieni aż tak dużo. A jak przyjemnie jest spędzać cały dzień na nartach w słońcu, cieszyć się tym, że w powietrzu czuć już wiosnę i można jeździć w cienkich kurtkach..

Specyficzne położenie Val di Sole powoduje, że nie braknie tam słonecznych dni (stąd poniekąd nazwa: Dolina Słońca). Val di Sole, leżąca w paśmie Dolomiti di Brenta, jest dobrze znana narciarzom i snowboardzistom poszukującym doskonałych warunków śniegowych, dobrze przygotowanych tras i dopracowanej infrastruktury.

val di sole narty z dziećmi

Val di Sole z dziećmi

Moim zdaniem Val di Sole to idealny region narciarski na wyjazd z dziećmi. Ilość tras niebieskich, łatwych dla dzieci jest bardzo duża, spora jest również oferta szkółek narciarskich dla dzieci i nie tylko. Co więcej, zdarza się, że w szkółkach niektórzy instruktorzy znają podstawy polskiego.

Jeżeli macie małe dzieci, które dopiero uczą się jeździć, docenicie to, że przy wielu łatwych trasach są wygodne wyciągi krzesełkowe, czy kanapy. Nie musicie się więc męczyć z dziećmi na orczykach. Dzieci również mają ułatwione zadanie - przy wsiadaniu na kanapy pomagają im panowie wyciągowi, gdy zauważą, że dziecko jest małe i może mieć problemy z bezpiecznym zajęciem miejsca.
Trasy w ośrodkach Val di Sole są naprawdę szerokie, także każdy znajdzie dla siebie miejsce. Nie ma się wrażenia, że ktoś zaraz zajedzie waszym dzieciom drogę.

Jak dla mnie same plusy.




Szerokość tras jest wielką zaletą tego ośrodka, ale to, co z pewnością zachwyci wielu narciarzy, czy snowboardzistów, to jakość przygotowania tras. Nawet najbardziej wymagający wielbiciele sportów zimowych nie będą mieli powodów do narzekania.

Podczas naszego pobytu trasy były zawsze idealne przygotowanie. Nawet gdy nocą padał śnieg, nad ranem na stoki wyjeżdżały ratraki, tak, by zdążyć z przygotowaniem śniegu przed otwarciem stoków, a nie we wszystkich ośrodkach się to praktykuje.

Krótko mówiąc, jeżeli szukacie idealnie przygotowanych tras w Val di Sole się nie zawiedziecie!




Dużą zaletą szusowania z dziećmi w Val di Sole są atrakcje na stokach: dwa snowparki, zimowe place zabaw, a dla starszych dzieci zjazdy z pomiarem prędkości. W sezonie, w którym byliśmy tam z dziećmi, atrakcje te były bezpłatne, za wyjątkiem zjazdów na oponie na terenie placu zabaw. Wypożyczenie takiej twardej opony do zjazdów po śniegu i ,,ciągania się" na karuzeli było płatne - kilka euro za godzinę.

Następną zaletą Val di Sole jest duży wybór restauracji/pizzerii na stokach – włoska, smaczna kuchnia na wyciągnięcie ręki. Przed każdą restauracją, czy refuggio na stoku są porozstawiane leżaki (bezpłatne)

I teraz to co najbardziej podoba mi się w Val di Sole, czyli położenie tras. Wszystkie trasy są ładnie nasłonecznione, a widoki są przepiękne. Naprawdę dużym plusem są ładne nartostrady – fakt, czasem trzeba poodpychać się na kijach, by dostać się z jednej części ośrodka do drugiej, ale widoki rekompensują wysiłek, a dla dzieci to fajny przerywnik między jednym zjazdem, a drugim.
Cel: wyprawa na gorącą czekoladę!

W dużych ośrodkach narciarskich zazwyczaj spędza się cały dzień z dziećmi na stokach. Często przeprawa z jednej części ośrodka do drugiej zajmuje sporo czasu dlatego, by dzieci widziały w tej ,,przeprawie” sens wybieraliśmy jej cel.

Zazwyczaj organizowaliśmy ,,wyprawę na gorącą czekoladę” na Groste, albo do snowparku, czy na pizzę. Był cel narciarskiej wyprawy, trochę po przepłaszczeniach, trochę zjazdów i wjazdów. Potem celem był powrót do naszego ,,apartamentu" i w ten sposób również zaliczaliśmy kolejne wjazdy i zjazdy z dziećmi bez marudzenia.


Snowboardziści? Niekoniecznie


No właśnie, przepłaszczenia, trawersy nartostrady…. Jeżeli nasza rodzina jeździłaby na deskach, a nie na nartach, to Val di Sole kojarzyłby się nam z ciągłym wypinaniem siebie i dzieci z wiązań i dreptaniem po płaskich łącznikach. 
Chyba, że ograniczylibyśmy się tylko do jednego ośrodka i nie przemieszczalibyśmy się tak często. Trudno by było jednak zrezygnować z tych trawersów i widokowych tras, bo to co bardzo lubię w Val di Sole to właśnie możliwość spędzenia całego dnia na stokach i przemieszczania się z jednego kompleksu wyciągów do drugiego.

Nie oznacza to, że Val di Sole nie nadaje się dla snowboardzistów. Większość z nich jeździła głównie w rejonach Groste, gdzie nie musieli pokonywać płaskich fragmentów tras, a jedynie wypinali się przy wsiadaniu na wyciąg. Nie bez znaczenia było też i to, że na Groste znajduje się również rozbudowany snowpark.

Dolomity w marcu?

Jeżeli zastanawiacie się nad wyborem terminu wyjazdu w Dolomity, zależy wam na trochę niższych kosztach i jesteście gotowi podjąć ryzyko gorszego śniegu, czy cieplejszych dni - wybierzcie marzec. Dlaczego?

Marcowe dni są dłuższe, podczas naszego pobytu pod koniec marca szarówka zaczynała się po 19.00, więc cały dzień można było spędzać na stokach (wyciągi czynne do 16.00) a po powrocie dzieci mogły jeszcze wyjść pobawić się na śniegu.

Cenowo końcówka marca również wypada nieźle - ceny skipassów spadają – często w cenie zakwaterowania dostajecie już karnety.

Jednak nie ukrywajmy, ryzyko, że w dolinie Słońca w drugiej połowie marca powita was jednak deszcz i mgły jest spore. Nam trafił się jeden pechowy, marcowy wyjazd (na cztery sezony w Val di Sole) Trafiliśmy tylko na dwa dni z błękitnym niebem i pełnym słońcem, ale i tak wróciliśmy pozytywnie naładowani.

W dolinach we Włoszech kwitły forsycje, magnolie – wiosna w pełnym rozkwicie, podczas gdy w Polsce zastaliśmy wszystko szare, zimne i wciąż ponure. 
Kolejny marcowy wyjazd znowu nam się udał - w pakiecie dostaliśmy tylko dwa dni pochmurne i mgliste, z padającym śniegiem. Dwa pozostałe sezony, kiedy to zachwyciłam się Val di Sole,  mieliśmy słońce i błękitne, włoskie niebo przez cały pobyt, czyli wyjazdy idealne.

Gdzie szukać zakwaterowania ?

Jednym z naszych priorytetów jest zawsze wybór kwatery przy stoku, tak byśmy nie musieli dojeżdżać do ośrodka narciarskiego, tylko wskoczyć w buty narciarskie, założyć narty i śmigać trasą w dół.W tym roku do tras narciarskich mieliśmy około 200 metrów łatwego przejścia.

Często kwatery przy stoku są droższe, ale w marcu w Alpach ceny wszędzie spadają.

Jeżeli zależy wam na rozsądnych cenach zakwaterowania blisko tras w Val di Sole – sprawdźcie miasteczko Marilleva 1400, wiele biur podróży ma w ofercie tzw apartamenty w Marillevie 1400.


Marilleva 1400 jest dosyć specyficzna - nie liczcie na wrażenia estetyczne, czy ładne domki w alpejskim stylu, a raczej na dość obskurnie wyglądające bloki wybudowane chyba w latach 60. Szkło, aluminium, beton – i setki apartamentów czekające na narciarzy. Po sezonie Marilleva 1400 jest chyba jak miasto duchów.


Niemniej jednak tzw apartamenty, czyli mieszkania, w owych blokach są zupełnie akceptowalne, tym bardziej, że i tak cały dzień spędza się na stokach. Zaletą Marilleva 1400 jest też to, że w całym kompleksie budynków i hotelowców znajdziecie wszystko, co wam potrzebne: supermarket, lokalny sklepik, aptekę, sklep sportowy, z pamiątkami, studio kosmetyczne, sklep z zabawkami… nawet kościół.

Jest też restauracja i bar wokół którego toczy się życie nocne apre ski. No właśnie, szczerze mówiąc, w Marillevie 1400 w marcu nic się nie dzieje. Po sezonie i nie uświadczycie tu imprezowego życia.

Może to być problemem dla dwudziestoparolatków, tak czy inaczej rodziny z dziećmi i tak nie są zainteresowane nightclubami, czy klubami z imprezami apre ski przeciągającymi się do późna w nocy, więc to, że Marilleva zasypia po 22.00 nie jest dla nich problemem. 
Tak, zdecydowanie Marilleva 1400 to raczej taka sypialnia dla narciarzy, a życie toczy się na stokach.

Narty z dziećmi w Dolomitach w marcu - podsumowanie


- w marcu dni są coraz dłuższe, zmrok zapada później, dzięki czemu jesteście na stokach dłużej,

- błękitne niebo, słońcex100% - może nie przez cały pobyt, ale statystycznie 2 idealne dni wam się trafią,

- przepiękne widoki

- ładnie poprowadzone trawersy przez lasy, spora ilość przyjemnych tras panoramicznych w lasach

- w Val di Sole trasy ładnie eksponowane, w słońcu, mało tras w zupełnym cieniu

- dobre jedzenie na stoku, duży wybór refuggios

- idealna infrastruktura, w większości szybkie i nowoczesne kanapy,

- niesamowita ilość łatwych, szerokich, mało wymagających, niebieskich tras do nauki dla dzieci i nie tylko,

- trasy szerokie zawsze doskonale przygotowane,

- duży wybór tras, przez co brak kolejek do wyciągów – zjeżdżasz i wjeżdżasz

- obsługa pomaga wsiadać na kanapy młodszym dzieciom, przed wejściem do wagoników kolejki pomagają wkładać narty dzieci do zewnętrznych stojaków

- kilka snowparków, zimowe place zabaw dla dzieci

- szkółki narciarskie i snowboardowe, sporo instruktorów mówiących trochę po polsku


Co więc może zniechęcać do wyjazdu z dziećmi w Dolomity?

Przede wszystkim męczący dojazd – w naszym przypadku około 1500 km w jedną stronę. Zwykle przy granicy musimy zatrzymać się w hotelu na nocleg, co zwiększa koszt całego wyjazdu.

Dość wysoka cena zakwaterowania i karnetów. Ale obiektywnie patrząc, jak na Alpy, ceny w marcu są bardzo korzystne. Często skipassy są już w cenie zakwaterowania.

W marcu ryzyko niepogody – to chyba najgorsze, co może wam się przytrafić. Pochmurne dni i opady deszczu w marcu są zawsze możliwe. Śniegu natomiast z pewnością tam nie zabraknie, nawet padający deszcz nie roztopi całego śniegu na stokach.

Chcecie wiedzieć kiedy pojawi się kolejny wpis? Odsyłam was do obserwowania/polubienia naszej strony na facebooku, tam umieszczam info o nowych wpisach (link w pasku bocznym, lub na dole strony)

Jeżeli byliście w Val di Sole i chcecie podzielić się swoimi wrażeniami, albo macie jakieś pytania, formularz komentarzy znajdziecie poniżej. 

Aby wasz komentarz nie został potraktowany jak spam, podpiszcie go! Wystarczy imię, lub nick.





3/07/2018

Schlick 2000 Stubaital trasa niebieska

Schlick 2000 Stubaital trasa niebieska


Schlick 2000 w Dolinie Stubai w Tyrolu to ośrodek, który może spodobać się rodzinom z dziećmi. W poprzednim wpisie dowiedzieliście się, co oferuje ten ośrodek, jakie są ceny karnetów i jakie atrakcje czekają tam na wasze dzieci.

Poprzednio nie wspomniałam jeszcze o tym, że ci z was, którzy jeżdżą na snowboardzie, czy nartach i lubią jazdę off piste, w  Schlick 2000 znajdą sporo miejsc do zjazdów. Zawsze gdy wjeżdżaliśmy na górę kolejką byłam pod wrażeniem  ilości śladów po zjazdach, jak dla mnie, mocno ekstremalnych.

Schlick Stubai Tyrol

Niebieska trasa w sam raz dla dzieci?

Jeżeli wasze dzieci radzą sobie już na nartach, z pewnością spodobają im się trasy w Schlick 2000. Nie jest ich wiele, bo sam ośrodek należy do takich, w których nie  można się zgubić. Schlick to również dobra opcja dla tych z was, którzy jeżdżą razem ze znajomymi, ale .... jednak osobno i każdy swoim tempem. W tym ośrodku łatwo jest się znaleźć.

Dla początkujących, radzących już sobie dzieci na Schlick 2000 jest właściwie jedna długa, niebieska trasa (oprócz krótszych tras przy orczykach), która zaczyna się trochę ostrzejszym zjazdem. Ten początkowy zjazd możecie wyszukać na zdjęciu w poprzednim wpisie. Trasa jest naprawdę długa. Nasz syn (10letni) podsumował ją krótko: ,,A,  ta niebieska trasa. Pamiętam. Taka długa i nudna. "

Może i długa i nudna, ale jak ktoś dopiero zaczyna to trasa nr 1 i część 7 są wystarczające, by się uczyć i nie nudzić. Dlaczego tylko część trasy nr 7? Moim zdaniem dla małych, uczących się dzieci trasa na sam dół nie jest super bezpieczna, głównie dlatego, że miejscami jest wąsko i sporo osób śmiga dość szybko slalomem, na przykład między tobą, a dzieckiem, niemal przejeżdżając po twoich nartach.

Zastanawiacie się, czy wasze dzieci sobie poradzą na niebieskiej trasie na Schlick 2000? Rzućcie okiem na filmik właśnie z tej trasy. Początek trasa 1b, potem stacja środkowa, gdzie w przelocie zobaczycie oślą łączkę i koniec trasa 7 na sam dół do stacji kolejki.



2/27/2018

Austria Dolina Stubai: narty z dziećmi

Austria Dolina Stubai: narty z dziećmi
Tyrol, Austria: doskonałe warunki, rozsądne ceny
ostatnia aktualizacja 28/12/2019

W Tyrolu byliśmy z dziećmi już po raz drugi. Tym razem ferie wypadały u nas w lutym. To dobry termin, bo dzień jest jednak dłuższy niż w styczniu.

Nasz wyjazd organizowaliśmy samodzielnie, bez biura podróży, a ponieważ od kilkunastu lat jeździmy na narty ze znajomymi, którzy również mają dzieci w wieku poniżej 10 lat, wybór Austrii i malowniczej Doliny Stubai, a dokładniej Fulpmes w Tyrolu, nie był przypadkowy. 
O tym dlaczego zdecydowaliśmy wybrać Dolinę Stubai przeczytacie poniżej, dodatkowo we wpisie znajdziecie sporo praktycznych i szczegółowych informacji, oraz kilka linków do map tras narciarskich i aktualnych cenników skipassów (sezon 2019/2020).


Stubai, Schlick 2000

Dolina Stubai w Austrii uważna jest za jedno z najlepszych miejsc do uprawiania sportów zimowych, a latem do turystyki rowerowej.

Ośrodek narciarski, który wybraliśmy znajduje się niedaleko miejscowości Fulpmes koło Insbrucka. Na stronie www.stubai.at znajdziecie tak dobry opis (dokładny adres w podsumowaniu na końcu wpisu), że pozostaje mi tylko uzupełnić go o kilka szczegółów.

Z mojego wpisu dowiecie się między innymi jakie trasy są odpowiednie dla małych dzieci, jakie są dodatkowe atrakcje na stokach, jak wygląda zaplecze gastronomiczne, oraz ile kosztują karnety.

2/02/2018

Jak zaplanować wyjazd na narty z dziećmi?

Jak zaplanować wyjazd na narty z dziećmi?


Czy istnieje miejsce idealne na wyjazd na narty z dziećmi? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Niektórzy z was zastanawiają się, szczególnie przed pierwszym wspólnym wyjazdem na narty, czy warto jest zapłacić więcej i wybrać ośrodki w Austrii lub we Włoszech. A może dzieciom wystarczy to, co proponują znacznie bliższe polskie, czy słowackie ośrodki?

Do tej pory wypróbowaliśmy już chyba wszystkie warianty wyjazdów narciarskich (początek sezonu, koniec sezonu, wyjazdy studenckie, przy stokach, z dojazdem, w domkach, w hotelu, w wynajętym pokoju ;), z apartamentami rezerwowanymi przez pośrednika, uff sporo tego było).

Przerobiliśmy nawet wyjazd pod tytułem ,,narty w Alpach samolotem" raz, gdy nasz syn miał 9 miesięcy. Niestety z powodu kosztów i dość skomplikowanego planowania takiego wyjazdu już więcej tego nie powtarzaliśmy. 

Po (już!) 12 latach wspólnych wyjazdów na narty z dziećmi, mieliśmy okazję przekonać się co, tak naprawdę, jest istotne dla dzieci w każdym wieku. I tak naprawdę wybór miejsca na wyjazd był głównie uzależniony od wieku naszych dzieci. Co innego braliśmy pod uwagę jako rodzice przedszkolaków, a co innego jako rodzice dzieci starszych, już jeżdżących.
 
Oprócz wieku i potrzeb dzieci (o tym w dalszej części wpisu) ważny był wybór terminu wyjazdu szczególnie wówczas, gdy nasze dzieci nie chodziły jeszcze do szkoły. Dlaczego? o tym przeczytacie poniżej.
 

Po pierwsze: termin wyjazdu

Nasze wyjazdy na narty z dziećmi można podzielić na te ,,przed szkołą" i te, które organizowaliśmy gdy Piotrka zaczął obowiązywać kalendarz roku szkolnego z ustalonymi terminami ferii zimowych.
I powiem wam, że zanim Piotruś stał się pierwszakiem było o wieeeele łatwiej.

Zwykle obserwowaliśmy prognozy pogody, tak, by trafić na świetne warunki śniegowe i słońce. Zakwaterowania też szukaliśmy w ostatnim momencie, dopasowując się do urlopu. I to działało. I ceny były niższe. I , co najważniejsze, nie było kolejek do wyciągów!

Dzięki temu, że śledziliśmy prognozy pogody, mieliśmy i słońce i śnieg, plus brak kolejek do wyciągów właśnie na polskich stokach, między innymi w Białce Tatrzańskiej. Polecamy drewniane domki ,,Wiocha" w Białce Tatrzańskiej poza głównym sezonem!

Z naszego pobytu, gdy Gusia miała 2 latka, a Piotruś 6, byliśmy bardzo zadowoleni.


Gdy Piotrek zaczął chodzić do szkoły, musieliśmy organizować nasze wyjazdy na narty właśnie w ferie. I wówczas zaczęliśmy wybierać ośrodki słowackie i czeskie na przykład Wielką Raczę, Chopok i Donovaly. Dlaczego nie polskie?

Ci z was, którzy jeżdżą na nartach, czy desce doskonale zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się na polskich stokach w czasie ferii zimowych. Większość biur podróży, szkół narciarskich, czy firm proponujących zorganizowany wypoczynek dla dzieci organizuje wyjazdy na ferie zimowe właśnie w polskie góry. Z oczywistych powodów (blisko i taniej) ruch na polskich stokach w czasie ferii zimowych się zauważalnie zwiększa,  co zazwyczaj oznacza kolejki do wyciągów i niezliczone szkółki narciarskie zjeżdżające grupami, lub stojące na stokach.

wskazówka: Jeżeli wasze dzieci to przedszkolaki, warto jest sprawdzić terminy ferii dla wszystkich województw i tak wybrać wasz termin, by nie kolidował z feriami. Możecie to zrobić na przykład tu : terminy ferii 2020



Po drugie: warunki na stokach


Nie oszukujmy się, wyjazd na ferie do ośrodków w Polsce, na Słowacji, czy w Czechach to nerwowe przeglądanie prognoz pogody i modlenie się, by nie przyszło ocieplenie i deszcz. To prawda, zdarzają się zimy, kiedy mocno sypie i warunki w Polsce są doskonałe. Ubiegły sezon (2018/2019) był tego dowodem. Ale to nie jest reguła.

Naprawdę nie ma nic gorszego niż padający śnieg z deszczem i szarobure chmury codziennie przez cały narciarski wyjazd, na który często czeka się cały rok. Przeżyliśmy to i na Słowacji i w Czechach. Przemoczone kurtki po kilku zjazdach, przetarcia do ziemi na stoku, kamienie wyłażące tu i tam...


Alpy to zupełnie inna kategoria, płacisz więcej, ale przynajmniej wiesz, czego się spodziewać. Wiesz, że ten śnieg po prostu będzie. Choćby na lodowcu, gdzieś w okolicy, ale zawsze będzie. 
Tak więc jeżeli liczą się dla was warunki śniegowe, ilość, rodzaj i przygotowanie tras, jeżeli cieszą was szerokie trasy i bezkolejkowe wjazdy - wybierzcie Alpy.




Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger