""

2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu


Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

Zwykle na nasze narciarskie wyjazdy z dziećmi wybieraliśmy Dolomity, ale w marcu.
W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy właśnie we Włoszech. 



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger