""
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy z dziecmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy z dziecmi. Pokaż wszystkie posty

7/31/2020

Najpiękniejszy wąwóz Karyntii: Garnitzenklamm

Najpiękniejszy wąwóz Karyntii: Garnitzenklamm
Czy są tu jacyś miłośnicy wąwozów? W dzisiejszym wpisie dowiecie się, gdzie jest jeden z najpiękniejszych wąwozów w Austrii, czy przejście całego wąwozu z dziećmi jest wykonalne, oraz czym jest canyoning.

Garnitzenklamm


Nasz austriacki road trip rozpoczęliśmy od rozbicia obozowiska, czyli rozłożenia się z naszą campingową przyczepą - nietypowo, bo aż na 5 dni. Zwykle jesteśmy bardziej mobilni, ale też i sytuacja w tym roku jest nietypowa. 

Aby zminimalizować ryzyko, postanowiliśmy nie zwiedzać miast, parków rozrywki, czy atrakcji, gdzie zazwyczaj jest sporo turystów.  Nie mogliśmy pojechać przed siebie w dowolnym kierunku, do jakiegokolwiek kraju i chcieliśmy się ograniczyć tylko do regionu z "dobrymi" statystykami, jeżeli chodzi o Covid-19. 

Dodatkowo po raz pierwszy wyruszyliśmy w większym gronie, z zaprzyjaźnioną rodziną, co miało swoje plusy, ale procesy decyzyjne odnośnie tego ,,co robimy jutro" się trochę komplikowały.

Na camping przyjechaliśmy rano i po szybkim śniadaniu postanowiliśmy przeznaczyć ten dzień na jedną z atrakcji Karyntii - trekking po wąwozie Garnitzenklamm. 

Dzień 1

Wąwóz Garnitzenklamm
nasza ocena 5
atrakcyjność dla dzieci: 4

info: wąwóz Garnitzenklamm znajduje się niedaleko małej miejscowości Möderndorf w północnej części Alp Karynckich. Wąwóz ma około 4 i pół kilometra, a przejście całego wąwozu podzielone jest na cztery etapy. Wąwóz otwarty jest dla turystów od maja do września. Zalecana jest szczególna ostrożność po obfitych opadach deszczu.

Garnitzenklamm najpiękniejszy wąwóz w Austrii


Garnitzenklamm to podobno jeden z najpiękniejszych wąwozów Karyntii jak i całej Austrii i rzeczywiście mogę to potwierdzić - jest to jeden z ładniejszych wąwozów jakie widziałam.

Garnitzenklamm Austria


Dzień zapowiadał się wyjątkowo upalnie, liczyliśmy więc na to, że nad górskim strumieniem pośród drzew będzie rześko i przyjemnie. Zastanawiałam się, po obejrzeniu zdjęć z tego wąwozu,  na których widziałam turystów w kaskach i uprzężach wspinaczkowych, czy będziemy potrzebowali specjalnego sprzętu, by przejść wszystkie cztery odcinki, na które podzielony jest wąwóz.

Tym bardziej, że przy kasie u wejścia do wąwozu zauważyłam jeszcze jedno zdjęcie - ludzie na pionowej ściance, a w dole górska rzeka...trochę mnie to zastanowiło.

Bardzo sympatyczna pani sprzedająca bilety zapewniła nas jednak, że uprzęże wspinaczkowe nie będą potrzebne, ale musimy mieć dobre trekkingowe buty.

W wąwozie było zadziwiająco mało ludzi, chociaż była to sobota. Właśnie o takie miejsca nam chodziło. Naprawdę zaczęłam się cieszyć, że przełamałam swoje obawy i wyruszyliśmy całą rodziną nawet w tak trudnych do podróżowania czasach. 

Szlak wąwozem jest naprawdę urokliwy. Wyznaczona trasa prowadzi w górę, przez las, przechodzi się ładnie wkomponowanymi w krajobraz drewnianymi mostkami, czasem trzeba na nie się wspiąć  po krótkiej drabince - nie jest to więc wąwóz na rodzinny spacerek z wózkiem, ale małe nóżki  jak najbardziej mogą sobie tutaj powędrować.

Garnitzenklamm Austria


Musicie jednak pamiętać o tym, że szczególnie od drugiego etapu małym dzieciom może być trudniej. Zaczynają się przejścia wzdłuż skalnych półek, co prawda nie bardzo wysoko nad strumieniem, ale raczej nie można mieć lęku wysokości. Na bardziej śliskich fragmentach wzdłuż przejścia zamontowane są metalowe liny ubezpieczające. Na szlaku też zdarza się, że wspinamy się lekko pod górę po kamieniach. Kilka przykładów ze szlaku zobaczycie poniżej na zdjęciach:

Garnitzenklamm Austria


Garnitzenklamm Austria




wskazówka: przy wejściu do wąwozu jest mały, bezpłatny parking pod drzewami, a przy nim kasa. Wejście do wąwozu to 5,30 euro od osoby dorosłej i 2 euro dzieci. 

Dużym plusem jest to, że szlak wytyczony przez wąwóz, co jakiś czas przebiega nad brzegiem strumienia. Gdy mali wędrowcy się zmęczą, możecie sobie odpocząć nad strumieniem, a dzieci będą przeszczęśliwe, bo jak wiadomo maluchy uwielbiają wodę i kamyki. Nawet jeżeli ta woda jest bardzo zimna. 

Garnitzenklamm  Austria

Widziałam też ludzi opalających się na kamieniach nad strumieniem, czy odpoczywających dłużej w niektórych miejscach.   

wskazówka: w Garnitzenklamm jeżeli chodzi o przekąski, czy napoje, musicie liczyć na siebie. W wąwozie nie ma toalet, czy punktów gastronomicznych. 

Garnitzenklamm zadziwi was swoimi wodospadami, z których najwyższy ma 17 metrów, uroczymi zatoczkami i ciekawymi formacjami z naniesionych przez strumień Garnitzenbach kamieni. 

Garnitzenklamm najwyższy wodospad


Trekking przez wąwóz jest łatwy, można powiedzieć relaksujący, chociaż byłam zdziwiona, że wcale nie czuć było chłodu, który zwykle bije od górskich strumieni w wąwozach. Także w bardzo gorący dzień waszą nadzieją na ochłodę może być tylko zimny, górski strumień, bo powietrze to raczej rześkie nie będzie.

ciekawostka: Garnitzenklamm jest też dobrą miejscówką dla wielbicieli canyoningu. Jest to mało popularny u nas sport, raczej ekstremalny, w którym pokonuje się górskie wąwozy o własnych siłach. Poruszamy się z w dół górskiej rzeki, oczywiście bez pontonów, skaczemy do wodospadów, pokonujemy jaskinie, ciasne przesmyki, jeżeli po drodze takie są, i używamy sprzętu do wspinaczki, jeżeli na danym fragmencie jest to konieczne. Jak dla mnie - brzmi ekstremalnie :) Poniżej na zdjęciu możecie zobaczyć jak fantastycznie woda drąży skałę...
 
Garnitzenklamm  Austria


Przejście całego wąwozu, wszystkich czterech etapów, zajmie wam około 3 godzin w jedną stronę. Każdy etap to mniej więcej 45 minut, ostatni czwarty etap ma około 30min
Ale uwaga: pamiętajcie, że trzy godziny to przejście w jedną stronę, później czeka was powrót.

Po zakończeniu każdego etapu zobaczycie znacznik z wyraźnie napisaną informacją, że zaczynacie etap kolejny. Uwielbiam tę austriacką precyzję!

Garnitzenklamm  Austria


I po przejściu każdego etapu możecie zrezygnować i zawrócić.
Można też wrócić trasą alternatywną - szlakiem przez las.
Wszystko zobaczycie na mapkach, które dostaniecie po zakupie biletów.

Garnitzenklamm najpiękniejszy wąwóz w Austrii


wskazówka: 
Jeżeli zrezygnujecie po etapie II cała wycieczka z powrotem lasem zajmie wam około 3 godzin
Jeżeli zrezygnujecie po etapie III będą to około 4 godziny.
Jeżeli pokonacie cały wąwóz cała wycieczka z powrotem szlakiem 310 zajmie wam około 5 godzin
A jeżeli nie będziecie mieli dość, możecie po pokonaniu etapu IV podejść pod górę do któregoś z okolicznych Almów. info znajdziecie na oficjalnej stronie Garnitzenklamm tutaj:




My przeszliśmy z dziećmi trzy etapy i wróciliśmy ścieżką prowadzącą lasem i szlakiem nr 410.
Nasze dzieciaki po trzech etapach miały już dość, tym bardziej, że kończył nam się prowiant i woda (no małe moje zdziwienie :) apetyt im bardzo dopisywał) 


Czwarty, końcowy etap pokonali tylko niezmordowani ojcowie, a my z dziećmi wróciłyśmy lasem podziwiając widoczki i ciesząc się letnim popołudniem na szlaku. 

Nam cała wycieczka z dziećmi, z których najmłodsza była nasza 9-letnia Agatka, z powrotem szlakiem przez las zajęła około 6 godzin, a przeszliśmy około 11 km. 

Nie powiem, dzieciaki były zmęczone, bo to był nasz pierwszy, dłuższy trekking po tylu miesiącach po przymusowym zamknięciu w domach z powodu pandemii, ale było warto!

W następnym wpisie-relacji z naszego road tripu  dowiecie się, w którym górskim jeziorze w Austrii możecie liczyć na to, że woda będzie nie tylko krystalicznie czysta, ale też i ciepła, a pizza za rogiem smaczna, oraz dowiecie się dlaczego na górskich ścieżkach w Austrii jest tylu emerytów :)

Garnitzenklamm  Austria


Doskonałe źródło aktualnych informacji o Garnitzenklamm

I na koniec taka dygresja. Ja to dociekliwa jestem, szczególnie jeżeli chodzi o języki obce. 
Nie znam niemieckiego, ale moje oko językowca zauważyło, że nazwy geograficzne po niemiecku często są zlepkiem, w którym druga część wyrazu to określenie geograficzne np "tal" to dolina, "see" - jezioro, byłam bardzo ciekawa, czy "klamm" to wąwóz, oraz czym jest słowo garnitzen.


Okazało się, że miałam rację - Garnitzenklamm to nic innego "garnirunek" czyli jarzynki, czy zielenina, którą potrawa jest ozdobiona i "klamm" - to "wąwóz". Czyli po prostu garnirowany wąwóz, lub mniej dosłownie Zdobny Wąwóz, czy jakoś tak :D

Do następnego poczytania!

7/27/2020

Nasze podróże z dziećmi: Austria

Nasze podróże z dziećmi: Austria
Do ostatniej chwili wahaliśmy się. Szczególnie ja. Wyjeżdżać, czy nie ... A jeżeli wyruszyć, jak co roku, na rodzinny road trip to gdzie? I tak wybraliśmy Austrię. 

Jest tam to co lubimy - góry, bardzo dobra infrastruktura dla podróżujących tak jak my, z campingu na camping. Są krystalicznie czyste jeziora, doskonale przygotowane ścieżki rowerowe, przy dobrej pogodzie można zrobić świetne zdjęcia i oczywiście są ....via ferraty.

Austria z dziećmi


To nie był nasz pierwszy wyjazd do Austrii. Zwykle jeździliśmy tam na narty, lub zatrzymywaliśmy się latem na parę dni przejazdem, a głównym celem było południe Europy: Włochy, lub Chorwacja.  

W Austrii byliśmy z dziećmi i rok temu. Wspinaliśmy się po pierwszej w życiu treningowej via ferracie, podziwialiśmy widoki ze szczytu Penken i zachwycaliśmy się jakością ścieżek rowerowych wzdłuż rzeki Ziller. 

info: O tych kilku dniach w Mayrhoffen w Zillertal możecie przeczytać tutaj:  Nasze podróże z dziećmi: Włochy II

W tym roku  na naszą wakacyjną, rodzinną objazdówkę wybraliśmy Karyntię. Wybraliśmy ten region  ze względu na statystyki - przed naszym wyjazdem, były tu tylko dwa aktywne przypadki zachorowań na Covid-19, więc wydawało się, że Austriacy w Karyntii mają koronawirusa pod kontrolą. 

Przyznacie, że sytuacja o niebo lepsza niż w Polsce. 

W kolejnych wpisach będę umieszczała krótkie relacje z naszego wyjazdu. Pokażę wam piękne miejsca w Austrii, które udało się nam zobaczyć, opiszę łatwe via ferraty, które może przejść nawet 9-latka, będzie też trochę o trasach rowerowych. 

Austria z dziećmi


Mam nadzieję, że popatrzycie na Austrię inaczej - nie tylko jako na potencjalne miejsce na kolejne #nartyzdziecmi. Do następnego poczytania!

12/29/2019

Dolomity: via ferraty z dziećmi

Dolomity: via ferraty z dziećmi
Trzeci tydzień naszego wakacyjnego wyjazdu miał być wyzwaniem.
Chcieliśmy zmierzyć się ze wspinaczką na via ferratach w Dolomitach. Z dziećmi.

Pasowałby tu hasztag w stylu #youonlyliveonce (#zyjesieraz) albo #nochallengenofun (#niemawyzwanianiemazabawy)



I uprzedzę pytania: lubimy góry, ale nie jesteśmy zakręceni na wspinaczkę w skałkach i nie spędzamy każdego weekendu z dziećmi na ściance. Jedyny kontakt jaki nasze dzieci miały z uprzężami i karabinkami był wtedy, gdy wspinały się na trasach w parkach linowych… A jednak zdecydowaliśmy, że spróbujemy powspinać się razem z dziećmi w Dolomitach.

Czy 8 letnie dziecko jest w stanie przejść via ferratę? Czy to jest w ogóle bezpieczne dla dzieci? Czy via ferraty są zarezerwowane tylko dla doskonale przygotowanych kondycyjnie pasjonatów wspinaczki? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w dzisiejszym wpisie.


Może ktoś z was po przeczytaniu zacznie zastanawiać się, czy wasze dzieci też byłyby gotowe na takie wyzwanie?:)


2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy w Dolomitach we Włoszech. Bardzo lubimy narciarskie wyjazdy w Dolomity, zawsze jednak wybieraliśmy się tam w okresie, kiedy jest cieplej ( i taniej) czyli w marcu.



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.

4/18/2018

Val di Sole: Dolomity w marcu

Val di Sole: Dolomity w marcu

Val di Sole, czyli Dolina Słońca, to zdecydowanie mój ulubiony region narciarski wśród wszystkich, w których do tej pory byłam. Powiem więcej, jeżeli miałabym wyjechać na narty tylko raz w sezonie narciarskim, to zdecydowanie wybrałabym Dolomity w marcu, w pełni akceptując ryzyko dodatnich temperatur i możliwych opadów deszczu.

Zresztą, powiedzmy szczerze, przy tej ilości śniegu jaka zalega na alpejskich stokach po zimie, nawet niewielkie ocieplenie nie zmieni aż tak dużo. A jak przyjemnie jest spędzać cały dzień na nartach w słońcu, cieszyć się tym, że w powietrzu czuć już wiosnę i można jeździć w cienkich kurtkach..

Specyficzne położenie Val di Sole powoduje, że nie braknie tam słonecznych dni (stąd poniekąd nazwa: Dolina Słońca). Val di Sole, leżąca w paśmie Dolomiti di Brenta, jest dobrze znana narciarzom i snowboardzistom poszukującym doskonałych warunków śniegowych, dobrze przygotowanych tras i dopracowanej infrastruktury.

val di sole narty z dziećmi

Val di Sole z dziećmi

Moim zdaniem Val di Sole to idealny region narciarski na wyjazd z dziećmi. Ilość tras niebieskich, łatwych dla dzieci jest bardzo duża, spora jest również oferta szkółek narciarskich dla dzieci i nie tylko. Co więcej, zdarza się, że w szkółkach niektórzy instruktorzy znają podstawy polskiego.

Jeżeli macie małe dzieci, które dopiero uczą się jeździć, docenicie to, że przy wielu łatwych trasach są wygodne wyciągi krzesełkowe, czy kanapy. Nie musicie się więc męczyć z dziećmi na orczykach. Dzieci również mają ułatwione zadanie - przy wsiadaniu na kanapy pomagają im panowie wyciągowi, gdy zauważą, że dziecko jest małe i może mieć problemy z bezpiecznym zajęciem miejsca.
Trasy w ośrodkach Val di Sole są naprawdę szerokie, także każdy znajdzie dla siebie miejsce. Nie ma się wrażenia, że ktoś zaraz zajedzie waszym dzieciom drogę.

Jak dla mnie same plusy.




Szerokość tras jest wielką zaletą tego ośrodka, ale to, co z pewnością zachwyci wielu narciarzy, czy snowboardzistów, to jakość przygotowania tras. Nawet najbardziej wymagający wielbiciele sportów zimowych nie będą mieli powodów do narzekania.

Podczas naszego pobytu trasy były zawsze idealne przygotowanie. Nawet gdy nocą padał śnieg, nad ranem na stoki wyjeżdżały ratraki, tak, by zdążyć z przygotowaniem śniegu przed otwarciem stoków, a nie we wszystkich ośrodkach się to praktykuje.

Krótko mówiąc, jeżeli szukacie idealnie przygotowanych tras w Val di Sole się nie zawiedziecie!




Dużą zaletą szusowania z dziećmi w Val di Sole są atrakcje na stokach: dwa snowparki, zimowe place zabaw, a dla starszych dzieci zjazdy z pomiarem prędkości. W sezonie, w którym byliśmy tam z dziećmi, atrakcje te były bezpłatne, za wyjątkiem zjazdów na oponie na terenie placu zabaw. Wypożyczenie takiej twardej opony do zjazdów po śniegu i ,,ciągania się" na karuzeli było płatne - kilka euro za godzinę.

Następną zaletą Val di Sole jest duży wybór restauracji/pizzerii na stokach – włoska, smaczna kuchnia na wyciągnięcie ręki. Przed każdą restauracją, czy refuggio na stoku są porozstawiane leżaki (bezpłatne)

I teraz to co najbardziej podoba mi się w Val di Sole, czyli położenie tras. Wszystkie trasy są ładnie nasłonecznione, a widoki są przepiękne. Naprawdę dużym plusem są ładne nartostrady – fakt, czasem trzeba poodpychać się na kijach, by dostać się z jednej części ośrodka do drugiej, ale widoki rekompensują wysiłek, a dla dzieci to fajny przerywnik między jednym zjazdem, a drugim.
Cel: wyprawa na gorącą czekoladę!

W dużych ośrodkach narciarskich zazwyczaj spędza się cały dzień z dziećmi na stokach. Często przeprawa z jednej części ośrodka do drugiej zajmuje sporo czasu dlatego, by dzieci widziały w tej ,,przeprawie” sens wybieraliśmy jej cel.

Zazwyczaj organizowaliśmy ,,wyprawę na gorącą czekoladę” na Groste, albo do snowparku, czy na pizzę. Był cel narciarskiej wyprawy, trochę po przepłaszczeniach, trochę zjazdów i wjazdów. Potem celem był powrót do naszego ,,apartamentu" i w ten sposób również zaliczaliśmy kolejne wjazdy i zjazdy z dziećmi bez marudzenia.


Snowboardziści? Niekoniecznie


No właśnie, przepłaszczenia, trawersy nartostrady…. Jeżeli nasza rodzina jeździłaby na deskach, a nie na nartach, to Val di Sole kojarzyłby się nam z ciągłym wypinaniem siebie i dzieci z wiązań i dreptaniem po płaskich łącznikach. 
Chyba, że ograniczylibyśmy się tylko do jednego ośrodka i nie przemieszczalibyśmy się tak często. Trudno by było jednak zrezygnować z tych trawersów i widokowych tras, bo to co bardzo lubię w Val di Sole to właśnie możliwość spędzenia całego dnia na stokach i przemieszczania się z jednego kompleksu wyciągów do drugiego.

Nie oznacza to, że Val di Sole nie nadaje się dla snowboardzistów. Większość z nich jeździła głównie w rejonach Groste, gdzie nie musieli pokonywać płaskich fragmentów tras, a jedynie wypinali się przy wsiadaniu na wyciąg. Nie bez znaczenia było też i to, że na Groste znajduje się również rozbudowany snowpark.

Dolomity w marcu?

Jeżeli zastanawiacie się nad wyborem terminu wyjazdu w Dolomity, zależy wam na trochę niższych kosztach i jesteście gotowi podjąć ryzyko gorszego śniegu, czy cieplejszych dni - wybierzcie marzec. Dlaczego?

Marcowe dni są dłuższe, podczas naszego pobytu pod koniec marca szarówka zaczynała się po 19.00, więc cały dzień można było spędzać na stokach (wyciągi czynne do 16.00) a po powrocie dzieci mogły jeszcze wyjść pobawić się na śniegu.

Cenowo końcówka marca również wypada nieźle - ceny skipassów spadają – często w cenie zakwaterowania dostajecie już karnety.

Jednak nie ukrywajmy, ryzyko, że w dolinie Słońca w drugiej połowie marca powita was jednak deszcz i mgły jest spore. Nam trafił się jeden pechowy, marcowy wyjazd (na cztery sezony w Val di Sole) Trafiliśmy tylko na dwa dni z błękitnym niebem i pełnym słońcem, ale i tak wróciliśmy pozytywnie naładowani.

W dolinach we Włoszech kwitły forsycje, magnolie – wiosna w pełnym rozkwicie, podczas gdy w Polsce zastaliśmy wszystko szare, zimne i wciąż ponure. 
Kolejny marcowy wyjazd znowu nam się udał - w pakiecie dostaliśmy tylko dwa dni pochmurne i mgliste, z padającym śniegiem. Dwa pozostałe sezony, kiedy to zachwyciłam się Val di Sole,  mieliśmy słońce i błękitne, włoskie niebo przez cały pobyt, czyli wyjazdy idealne.

Gdzie szukać zakwaterowania ?

Jednym z naszych priorytetów jest zawsze wybór kwatery przy stoku, tak byśmy nie musieli dojeżdżać do ośrodka narciarskiego, tylko wskoczyć w buty narciarskie, założyć narty i śmigać trasą w dół.W tym roku do tras narciarskich mieliśmy około 200 metrów łatwego przejścia.

Często kwatery przy stoku są droższe, ale w marcu w Alpach ceny wszędzie spadają.

Jeżeli zależy wam na rozsądnych cenach zakwaterowania blisko tras w Val di Sole – sprawdźcie miasteczko Marilleva 1400, wiele biur podróży ma w ofercie tzw apartamenty w Marillevie 1400.


Marilleva 1400 jest dosyć specyficzna - nie liczcie na wrażenia estetyczne, czy ładne domki w alpejskim stylu, a raczej na dość obskurnie wyglądające bloki wybudowane chyba w latach 60. Szkło, aluminium, beton – i setki apartamentów czekające na narciarzy. Po sezonie Marilleva 1400 jest chyba jak miasto duchów.


Niemniej jednak tzw apartamenty, czyli mieszkania, w owych blokach są zupełnie akceptowalne, tym bardziej, że i tak cały dzień spędza się na stokach. Zaletą Marilleva 1400 jest też to, że w całym kompleksie budynków i hotelowców znajdziecie wszystko, co wam potrzebne: supermarket, lokalny sklepik, aptekę, sklep sportowy, z pamiątkami, studio kosmetyczne, sklep z zabawkami… nawet kościół.

Jest też restauracja i bar wokół którego toczy się życie nocne apre ski. No właśnie, szczerze mówiąc, w Marillevie 1400 w marcu nic się nie dzieje. Po sezonie i nie uświadczycie tu imprezowego życia.

Może to być problemem dla dwudziestoparolatków, tak czy inaczej rodziny z dziećmi i tak nie są zainteresowane nightclubami, czy klubami z imprezami apre ski przeciągającymi się do późna w nocy, więc to, że Marilleva zasypia po 22.00 nie jest dla nich problemem. 
Tak, zdecydowanie Marilleva 1400 to raczej taka sypialnia dla narciarzy, a życie toczy się na stokach.

Narty z dziećmi w Dolomitach w marcu - podsumowanie


- w marcu dni są coraz dłuższe, zmrok zapada później, dzięki czemu jesteście na stokach dłużej,

- błękitne niebo, słońcex100% - może nie przez cały pobyt, ale statystycznie 2 idealne dni wam się trafią,

- przepiękne widoki

- ładnie poprowadzone trawersy przez lasy, spora ilość przyjemnych tras panoramicznych w lasach

- w Val di Sole trasy ładnie eksponowane, w słońcu, mało tras w zupełnym cieniu

- dobre jedzenie na stoku, duży wybór refuggios

- idealna infrastruktura, w większości szybkie i nowoczesne kanapy,

- niesamowita ilość łatwych, szerokich, mało wymagających, niebieskich tras do nauki dla dzieci i nie tylko,

- trasy szerokie zawsze doskonale przygotowane,

- duży wybór tras, przez co brak kolejek do wyciągów – zjeżdżasz i wjeżdżasz

- obsługa pomaga wsiadać na kanapy młodszym dzieciom, przed wejściem do wagoników kolejki pomagają wkładać narty dzieci do zewnętrznych stojaków

- kilka snowparków, zimowe place zabaw dla dzieci

- szkółki narciarskie i snowboardowe, sporo instruktorów mówiących trochę po polsku


Co więc może zniechęcać do wyjazdu z dziećmi w Dolomity?

Przede wszystkim męczący dojazd – w naszym przypadku około 1500 km w jedną stronę. Zwykle przy granicy musimy zatrzymać się w hotelu na nocleg, co zwiększa koszt całego wyjazdu.

Dość wysoka cena zakwaterowania i karnetów. Ale obiektywnie patrząc, jak na Alpy, ceny w marcu są bardzo korzystne. Często skipassy są już w cenie zakwaterowania.

W marcu ryzyko niepogody – to chyba najgorsze, co może wam się przytrafić. Pochmurne dni i opady deszczu w marcu są zawsze możliwe. Śniegu natomiast z pewnością tam nie zabraknie, nawet padający deszcz nie roztopi całego śniegu na stokach.

Chcecie wiedzieć kiedy pojawi się kolejny wpis? Odsyłam was do obserwowania/polubienia naszej strony na facebooku, tam umieszczam info o nowych wpisach (link w pasku bocznym, lub na dole strony)

Jeżeli byliście w Val di Sole i chcecie podzielić się swoimi wrażeniami, albo macie jakieś pytania, formularz komentarzy znajdziecie poniżej. 

Aby wasz komentarz nie został potraktowany jak spam, podpiszcie go! Wystarczy imię, lub nick.





Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger