""

6/06/2019

A jak audiobook

A jak audiobook
Audiobooki dla dzieci: nasz sposób na długą podróż

Samolot, czy samochód? Część z was zawsze wybierze samolot, bo szybciej i , patrząc na statystyki, bezpieczniej. My, wyjeżdżając z dziećmi, zawsze wybieramy samochód, bo daje nam więcej wolności. 

Ale podróż autem ma też swoje minusy.  Zawsze powtarzam, że najgorsze są dojazdy, kilometry do pokonania wzdłuż autostrad, korki na obwodnicach dużych miast...
Przyznacie chyba że długa i monotonna podróż autem jest wyzwaniem dla dzieci, szczególnie tych energicznych i ruchliwych.
W tym wpisie przeczytacie o naszym sposobie na to, jak wygrać z nudą na tak niewielkiej przestrzeni, której granice wyznacza karoseria i co poza tabletami i telefonami zaproponować dzieciom, by kilkusetkilometrowa podróż nie dłużyła się tak strasznie.




Jak długo jeszcze?

Pierwsze godziny podróży są zwykle najtrudniejsze. Większość młodszych dzieci wykazuje się zupełnym brakiem zrozumienia dla zestresowanych rodziców i zasypuje ich następującymi pytaniami  - i to w niewielkich odstępach czasowych ;) :

kiedy dojedziemy – pytanie nieśmiertelne. Nieważne, że dopiero pół godziny temu wyjechaliście, a trasa zaplanowana jest na co najmniej 400km, przecież każde dziecko wie, że wasz zapakowany po dach samochód porusza się z prędkością światła

kiedy będzie postój
– najlepiej co chwilę i przy jakimś placu zabaw, bo przecież przy autostradzie co 20 km jest jakiś plac zabaw, jasne :) 

kiedy zatrzymamy się, by coś zjeść?
Jestem głodna … no tak, przecież jedliście godzinę temu, dziwnym trafem przemiana materii u dzieci nagle w aucie przyspiesza..:)

Dzieci w aucie się po prostu nudzą. Pomijam dzieci wyjątkowe, które potrafią z zaciekawieniem przez całą podróż oglądać mijane krajobrazy przy autostradzie, śpiewając przy tym Starego Donalda, który miał tę słynną farmę (po raz 10).

Długa podróż autem to niemałe wyzwanie dla dzieci

Długa i monotonna podróż autem z dziećmi to często wyzwanie i dla rodziców. Spora ich grupa od razu po zamknięciu drzwi auta wręcza dzieciom tablety, czy telefony, bo tak jest najłatwiej.
Nie jestem wrogiem tabletów, czy telefonów. My również pozwalamy dzieciom, które są już starsze, bawić się aplikacjami i grami podczas podróży autem. Ale jestem zdecydowanie przeciwna graniu, czy oglądaniu filmów bez ograniczeń.
Tym bardziej, że, jak twierdzą okuliści, nie ma nic gorszego dla dziecięcego wzroku niż długie wpatrywanie się w mały ekran smartfona.

A jak Astrid Lindgren

Na różnych stronach i blogach parentingowych pojawiają się czasem listy zabaw i gadżetów dla dzieci, które można wykorzystać podczas jazdy samochodem, jako alternatywę dla tabletów.
Niestety, większość z tych propozycji zdecydowanie przegra w konfrontacji z grami na tablet, czy smartfon. 

Co sprawdza się u nas? Audiobooki! Nie wyobrażam sobie kilkunastogodzinnej podróży bez audiobooka. W zasadzie poza dokumentami, telefonem, pieniędzmi i lekarstwami, audiobooki są kolejną pozycją na mojej checkliście na kilka minut przed długim wyjazdem.  

Podczas naszych długich podróży zawsze wspólnie czegoś słuchamy. Zwykle zabieramy kilka audiobooków, bo z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo wybrać coś do słuchania tak, by spodobało się to i starszym i młodszym dzieciom. 

U nas różnica wieku między dziećmi to 4 lata i czasem musimy wypracować jakiś kompromis pomiędzy klimatami pasującymi młodszej córce i bardziej poważnymi i ciekawymi tematami, które mogłyby zainteresować naszego syna.

Wskazówka: Gdy różnica wieku jest znacząca, oczywistym  rozwiązaniem mogą być słuchawki – każde dziecko słucha swojego audiobooka. Ale polecamy wam jednak wspólne słuchanie audiobooków podczas podróży!

Wspólne, rodzinne słuchanie audiobooka podczas jazdy samochodem ma wiele zalet. Często w trakcie słuchania pojawiają się pytania, można od razu dzieciom coś wyjaśnić, można wspólnie wymyślać co się zdarzy w następnym rozdziale. A kilometry mijają…

Poniżej znajdziecie listę audiobooków, które przesłuchaliśmy z dziećmi podczas naszych rodzinnych road tripów. Dodam, że ten wpis o audiobookach stworzyłam zupełnie spontanicznie. Pomyślałam sobie, że dobre treści warte są rozpowszechniania i polecania.

Może skorzystacie z naszych propozycji i coś wybierzecie!

W części pierwszej przeczytacie o audiobookach na podstawie książek  Astrid Lindgren. Pod każdym audiobookiem znajdziecie naszą ocenę i wiek dzieci, którym dany audiobook może się podobać:


Klasyka: dzieci z miasta jadą na wieś
(wiek 7-13)
Astrid Lindgren ,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? ” tytuł oryginalny: My na wyspie Saltkråkan” wydawnictwo Jung-off-ska

Według informacji wydawnictwa dla dzieci 7-13, ale sześciolatkom też może się spodobać, tym bardziej, że jeden z bohaterów, Pelle, ma 6 lat. Chociaż tytuł jest dziwny nie zniechęcajcie się – zostanie on wyjaśniony w audiobooku!



U nas Agatka miała prawie 6, a Piotrek 11 lat i bardzo im się ten audiobook podobał.
Nasza ocena 6/6
Wykonanie 6/6

O czym jest ta książka?

W opisie wydawnictwa przeczytacie, że są to przygody szalonej pięcioosobowej rodzinki ze Sztokholmu, która spędza wakacje w tajemniczym domu na malowniczej wyspie.
Hmm… Zgadzam się tylko z tym, że wyspa jest rzeczywiście malownicza, a rodzinka pięcioosobowa. 

Jednak wcale nie nazwałabym tej rodziny szaloną, chyba, że miarą szaleństwa jest przeprowadzenie się na dwa miesiące ze Sztokholmu do rozpadającego się domu na wyspie, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Rodzina musi liczyć się z każdym groszem, dlatego Merkel (ojciec) jest niezwykle dumny z tego, że udaje mu się okazyjnie wynająć dom na całe lato. Okazyjnie, czyli bardzo tanio, tak więc nic dziwnego, że w owym domu wszystko się sypie, odpada, wodę trzeba nosić ze studni i nagrzać, naprawdę niezły klimat, dla współczesnych dzieci coś niesamowitego.

Główni bohaterowie to Merkel - samotny ojciec, trochę taki nieporadny życiowo pisarz, marzyciel-intelektualista, Malin dorosła już córka, która wszystkim matkuje, pozostałe dzieci to Johan i Niklas: bliźniaki, lat kilkanaście, oraz sześcioletni, spokojny Pelle, który marzy o własnym zwierzaku, a zwierzęta kocha do tego stopnia, że hoduje nawet … osy.

Można powiedzieć klasyka: dzieci z miasta jadą na „wieś”, ale te dzieci są inne.
Dzieje się to w zamierzchłych czasach, kiedy to nie było internetu, smartfonów, telewizor był dobrem luksusowym, a dzieci spędzały całe dnie na zewnątrz, bawiąc się w okolicy bez nadzoru i pomocy dorosłych.

Dzieci na wyspie przeżywają mnóstwo wakacyjnych przygód, integrują się z lokalną społecznością, zawierają przyjaźnie z dziećmi z okolicy, jest zabawnie, czasem strasznie, ale zawsze wszystko się dobrze kończy.

Dużą zaletą jest realizm wydarzeń, młodsze dzieci się nie boją (nie ma potworów, magii, czarodziejów itp.) starsze dzieci potrafią odczytać głębsze przesłanie z wielu sytuacji, z którymi mierzą się dzieci z Saltkråkan.

Polecamy, bo naprawdę dobrze się tego słucha! I nie zniechęcajcie się po pierwszym rozdziale.
,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?”  fantastycznie wypełniał nam czas w samochodzie podczas naszego road tripu po północnych Włoszech i Toskanii. Więcej o tym wyjeździe możecie przeczytać tutaj: Nasze podróże z dziećmi: Włochy



Dygresja:
Bardzo dobrze się złożyło, że pani Edyta Jungowska w pewnym momencie swojego życia postanowiła zrealizować swoje marzenie i założyła wydawnictwo Jung-off-ska. Bo  jako ,,bajkoczytacz” odnajduje się w tym co robi naprawdę świetnie!

Przyznam, że jej styl czytania jest bardzo charakterystyczny i początkowo, przy pierwszych rozdziałach ,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” trochę mnie drażnił ten niski, ochrypły ton, przeciąganie samogłosek, łączenie słów i muzyka w tle, która pojawiała się jakby nie na miejscu.
Ale im dalej w las to … właśnie w tym zaśpiewie w wykonaniu Jungowskiej i dźwiękach w tle był jakiś sens. 

Edyta Jungowska zdecydowanie zasługuje na najwyższą ocenę za swoje interpretacje czytanych książek. Dlaczego? Bo aktorsko świetnie odgrywa czytane role, łącznie ze zmienianiem głosu, co bardzo lubię w audiobookach dla dzieci.

Świetnie buduje atmosferę, perfekcyjnie wybiera książki, które potem opracowuje, a audiobooki w jej wykonaniu podobają się i dla młodszych i starszych dzieci i dla dziewczynek i dla chłopców – po prostu same plusy!



Kryminał dla dzieci, czy to ma sens?

Astrid Lindgren ,,Detektyw Blomkvist"wydawnictwo Jung-off-ska
(wiek 8-13)
U nas Agata miała 7 i pół, a Piotrek prawie 12 lat
Nasza ocena 6/6
Wykonanie 6/6

Agatha Christie dla dzieci. Dorosłych też słuchanie nie będzie męczyć. Historia wciąga,  nawet 12-13 latek będzie słuchał z zainteresowaniem. Tym bardziej, że główny bohater Kalle Blomkvist ma właśnie 13 lat.



Kalle mieszka w małym, sennym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje. Chłopiec marzy o tym , by zostać detektywem. Pewnego dnia do domu przyjaciółki Kallego, Ewy Lotty  niespodziewanie przybywa dawno niewidziany wujek, którego zachowanie jest trochę podejrzane. Co więcej, wujek bardzo interesuje się pewną kradzieżą, o której aż huczy w gazetach.  Kalle postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i  ….

Akcja naprawdę wciąga, działa na wyobraźnię, dzieci przeżywają historię bohaterów, te młodsze może za bardzo. Wiecie jak to jest, główny bohater w nocy wchodzi do pokoju, w którym śpi ,,podejrzany” wujek, z zamiarem zdjęcia odcisków palców i….strąca doniczkę ups, a to pech.

Bardzo polecamy: szczególnie dla trochę starszych dzieci. Ten audiobook ,,uratował nam życie” w pewną długą zimową noc, gdy wracaliśmy z Dolomitów i utknęliśmy z dziećmi na przełęczy Brenner. Więcej o tym wyjeździe na narty możecie przeczytać tutaj: Dolomity w styczniu

Audiobooki dla młodszych dzieci

Astrid Lindgren ,,Pippi wchodzi na pokład”
(wiek 4-9 lat)

Nasza ocena : 5/6
Wykonanie 6/6



Chyba wszyscy znają historię Pippi Långstrump, czyli Pippi Pończoszanki.

To dobra propozycja dla młodszych dzieci. Przyznam, że z Pippi mieliśmy problem, bo Piotrek był za duży na ten audiobook i demokratycznie zdecydowaliśmy, że jednak w tak ograniczonej przestrzeni, jak samochód nie można skazywać kogoś na słuchanie czegoś, co wydaje mu się nudne. W efekcie tego audiobooka nie dokończyliśmy. Polecam wam go jednak dla młodszych dzieci. Naszej córce, wówczas prawie 6 letniej, ten audiobook się podobał. Dla 11latka nuuuda i pytanie, czy raczej błagalna prośba: ,,Czy musimy tego słuchać??”

Astrid Lidgren: Karlsson z dachu lata znów
(wiek 6-8 lat)

Nasza ocena 2/6
Wykonanie 6/6


Tym razem mamy historię o 7latku, Svante Svantessonie, który z rodziną mieszka w kamiennicy w Sztokholmie. Svante jest najmłodszym z trójki rodzeństwa. Każdy w jego rodzinie żyje w swoim świecie, starsze rodzeństwo ma swoje problemy, tata ciągle pracuje, a mama zajmuje się domem i też nie poświęca zbyt dużo czasu najmłodszej pociesze. Dlatego Svante czuje się bardzo samotny, tęskni za przyjacielem, zwierzakiem.



W jego życiu pojawia się Karlsson, mały, jowialny człowieczek, który mieszka za kominem na dachu, ma śmigło dzięki któremu lata i wiedzie beztroskie życie wypełnione niedorzecznymi figlami.

Do naszych dzieci ta treść zupełnie nie przemówiła. Po pierwsze Karlsson jest starszym „wujkiem” bardzo małych rozmiarów, ale jednak. Ma nachalny charakter i ogólnie jest głośny, lubi bałaganić i rubasznie się śmiać. Taki latający jakby krasnoludek. Historia mało ciekawa, przynajmniej  dla naszych dzieci.U nas był to zdecydowanie niewypał.

Audiobook porzucony po przesłuchaniu pierwszych rozdziałów.
Może spodobać się młodszym dzieciom, takim, które jeszcze lubią historie z krasnoludkami w tle.


Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”
(wiek 2-5 lat)
 
Nasza ocena 3/6
Wykonanie 6/6

To krótki audiobook, ma tylko jedną godzinę. A szkoda, bo Lotta jest fantastyczną dziewczynką, z którą łatwo się mniejszym dzieciom identyfikować. Historia może spodobać się młodszym 4-6 letnim dzieciom. Nie jest męcząca dla starszaków, bo audiobook jest krótki, śmieszny i ,,można go przeżyć, ”gdyby na przykład młodsze rodzeństwo chciało posłuchać historii Lotty.



Lotta to dziewczynka o silnym charakterze. Pewnego dnia decyduje się wyprowadzić z domu (historia gryzącego sweterka w tle) i zamieszkuje na strychu u sąsiadki (!) Coś nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach prawda? 

Znowu Astrid Lindgren z jej niesłychanym wyczuciem dziecięcego świata. Może spodobać się młodszym dzieciom, szczególnie dziewczynkom o silnym charakterze.

W tym roku też czeka nas długa i monotonna podróż i jestem właśnie w trakcie poszukiwań ciekawych tytułów. Na pewno zabierzemy drugą część Detektywa Blomkvista i Ronję córkę zbójnika.. Jeżeli macie jakieś podpowiedzi to chętnie skorzystam!

W kolejnym wpisie już wkrótce pojawią się propozycje innych audiobooków, które przesłuchaliśmy. Może się zainspirujecie i też zabierzecie ze sobą kilka audiobooków w długą, wakacyjną podróż ?

6/01/2019

Białowieża z dziećmi

Białowieża z dziećmi
Jestem ciekawa, jakie skojarzenia pojawią się u was, gdy usłyszycie hasło ,,Puszcza Białowieska". Bardzo prawdopodobne, że większość z was odpowie: żubry, protesty ekologów i kornik drukarz. 

Żubr i kornik. Te dwa słowa pojawiły się też i u mnie jako pierwsze skojarzenia z Puszczą Białowieską. Tegoroczną majówkę postanowiliśmy spędzić właśnie w Puszczy.

Puszcza Białowieska, fajnie... ale co tam robić z dziećmi? To pytanie usłyszałam przed naszym wyjazdem od znajomych. No właśnie. CO tam jest ciekawego dla dzieci?

Jeżeli jeszcze nie byliście w Puszczy Białowieskiej, teraz macie okazję przeczytać o tym, czy warto wybrać się tam z dziećmi.



Do Białowieży  trafiliśmy w ostatnią majówkę. O tym, co widzieliśmy i gdzie byliśmy przeczytacie w dwóch wpisach. W części pierwszej znajdziecie opis naszej rowerowej wycieczki z dziećmi, Skansenu w Białowieży i wyprawy drezyną do Miejsca Mocy w Puszczy. 

W drugiej części dowiecie się, jak wygląda wycieczka do serca puszczy, czyli Rezerwatu Ścisłego, co zobaczycie, a czego nie zobaczycie w Rezerwacie Pokazowym Żubra i gdzie w Białowieży warto spróbować lokalnych, kresowych dań w rozsądnych cenach. 

Oprócz tego zdradzę wam, czym jest miejsce nazwane: Żebra Żubra i czy Muzeum Przyrodniczo-Leśne w Białowieży to strata czasu, czy super atrakcja. 

Serce Puszczy bez fajerwerków

Gdy myślałam o tym, czego się spodziewać po wycieczce po Rezerwacie Ścisłym, czyli lesie pierwotnym, nietkniętym ludzką ręką, miałam przed oczami wąską ścieżkę w gąszczu, na ścieżce zwalone, gdzieniegdzie spróchniałe gałęzie i pnie tarasujące przejście, przeszkody,  na które trzeba się wspiąć, wysilić, by je pokonać. 

Oczami wyobraźni widziałam drzewa o grubych, zwalistych pniach i gęstych koronach. Oczywiście liczyłam na świergot ptaków, bo przecież wiosna, i gdzieś w oddali przemykającą kunę, albo jakąś chociaż nornicę…sowę, dzięcioła??

Myślałam, że w rezerwacie ścisłym będziemy starać się zachować ciszę, jakby przemknąć przez puszczę niezauważenie…



Byliśmy z dziećmi, widzieliśmy i w skrócie mogę wam powiedzieć, że … nie ma dzikiej ścieżki i zwalonych przeszkód na wąskiej dróżce. Ścieżka turystyczna w rezerwacie ścisłym jest wygodna, wyrównana, bezpieczna, szerokością miejscami dorównująca zwykłej leśnej drodze. Dostosowana dla wózków dziecięcych, osób starszych, wycieczek szkolnych, a nawet do przejazdu bryczkami. Można powiedzieć dostosowana do spacerów i przejażdżek po lesie. 



I przez to wycieczka przez las pierwotny naprawdę nie robi wrażenia.
Formuła spaceru, jedna, oczywista trasa zwiedzania, (tam nie można się zgubić!) ścieżka dostosowana, bez przeszkód w postaci pni, podmokłego terenu, sucha, wygodna – to jednak niekoniecznie to, czego się spodziewałam po  rezerwacie ścisłym. 


Nie taki kornik zły jak go malują

Pani przewodnik, która nas oprowadzała miała naprawdę bogatą wiedzę na temat fauny i flory Puszczy Białowieskiej. W końcu nasz spacer, który wybraliśmy z oferty PTTK,  nazywał się Puszcza Białowieska dla dociekliwych. Z wiedzy pani przewodnik korzystali jednak głównie dorośli, w większości emerytowani, uczestnicy spaceru, ale nie dzieci. 

Co kilkaset metrów przystawaliśmy na trasie zwiedzania, by dowiedzieć się o chorobach drzew, rodzajach lasu i owadach zamieszkujących pnie, hubach, porostach, i tak przez 3 godziny. Wiadomości było naprawdę dużo, ale przekaz był dostosowany do większości, czyli dorosłych.



Dzieci wychwyciły tylko część informacji i to głównie tych, które je zaciekawiły, na przykład dlaczego nie można kierować się kierunkiem rozrostu mchu na drzewach w lesie, by określić strony świata, albo jakie drzewa lubi kornik drukarz i jak wyglądały dawniej polowania w Puszczy Białowieskiej. 

Wskazówka: cała wycieczka trwa prawie 4 godziny, z tego 3 godziny po rezerwacie

Dzieciom podobałoby się znacznie bardziej, gdyby była jakaś choćby szansa na zobaczenie dzikich zwierząt: saren, łosi, już nie mówię o żubrach, bo to podczas tego spaceru niemożliwe. Niestety, przy takim ruchu turystycznym żadne, nawet małe, zwierzę nie wystawi przysłowiowego nosa.

Podczas spaceru padały oczywiście pytania o korniki, które zjadają drzewa w Puszczy, i przez które, zgodnie z oficjalnym przekazem, przeprowadzona została wycinka drzew. Podobno wszystkiemu winna jest susza. Puszcza umiera, bo wysycha, a korniki atakują właśnie drzewa osłabione.

Park Pałacowy i selfie w żubrze

Każdy kto trafia do Białowieży odwiedza Park Pałacowy. Wstęp do Parku jest bezpłatny. Tak naprawdę dla przeciętnego turysty, który nie zna się na gatunkach drzew i nie potrafi docenić rzadkich okazów tutaj rosnących,  ten park to nic innego jak luźno rosnące drzewa i kilka alejek. 

Po przejściu wygodnym mostkiem nad stawami na rzece Narewka dotrzecie do miejsca, gdzie kiedyś stał pałac - myśliwska rezydencja carów. Pałac Carski został wybudowany na specjalne życzenie cara Mikołaja III, któremu wyjątkowo podobały się te tereny łowieckie.  W końcu Puszcza Białowieska od wieków była królewskimi terenami łowieckimi.

Niestety, Pałac został spalony przez Niemców w lipcu 1944, gdy ci wycofywali się z Białowieży. Na terenie Parku  nie zachowało się wiele budynków o historycznej wartości. Dziś można obejrzeć jedynie bramę wjazdową i dawne stajnie kozackie. 

W oczy rzuca się za to nowoczesny, wielopiętrowy budynek, w którym mieści się siedziba Białowieskiego Parku Narodowego, Muzeum Leśno-Przyrodnicze, oraz… 3-gwiazdkowy hotel. 

Nie znam się na architekturze, ale ten budynek ma niewiele wspólnego z ekologią i bliskością natury. Całość pasuje do idei Parku Narodowego, lasów pierwotnych i znajdującego się obok Dworku Gubernatora Grodzieńskiego jak kwiatek do kożucha.

Dworek Gubernatora Grodzieńskiego w Parku Pałacowym


Park Pałacowy to park w stylu angielskim, czyli park o swobodnym, naturalnym charakterze, bez efektownych nasadzeń, geometrycznych form, czy alejek. Jego projektantem był Walerian Kronenberg, ten sam, który zaprojektował Park Skaryszewski w Warszawie. 

Niektóre z drzew w Parku rosną od jego założenia, a przed Muzeum możecie zobaczyć kilka starych dębów, które, jak głosi legenda pozostały tu po pogańskim, świętym gaju. Prawdy w tym niewiele, ale dzieci możecie zaciekawić ;)  


Punktem, którego nie możecie ominąć spacerując z dziećmi po Parku Pałacowym jest mini plac zabaw przy Dworku Gubernatora Grodzieńskiego. Furorę na nim robią dwa żubry z otworami, które przyciągają jak magnes. 



Nasza Gusia (7lat) w sekundzie znalazła się w żubrze, pod żubrem, a potem na żubrze. Zresztą, co było dosyć zabawne, te dwa żubry mają właściwości przyciągające nie tylko dzieci. Dorośli, i to nie tylko młode osoby, ale też stateczni emeryci, pstrykali sobie fotki na żubrach i to nie takie w stylu żubr i ja stoję obok, ale normalnie okrakiem na żubrze. Pan 60+, pani 50+ - nie ma to jak poczuć w sobie wewnętrzne dziecko!



Muzeum Leśno -Przyrodnicze

Na liście atrakcji Białowieży i okolic znajduje się również i Muzeum w Parku Pałacowym. Odwiedziliśmy je z dziećmi drugiego dnia, kiedy niebo zasnuło się chmurami i siąpił deszcz. Czy warto? Dzieciom się podobało. 

Ja zachowam umiarkowany entuzjazm, bo warto docenić to, że nawet w mniejszych miejscowościach pojawiają się muzea bardziej interaktywne. Jednak mając porównanie z innymi miejscami dla dzieci o charakterze edukacyjnym w Polsce i Europie ograniczę się do stwierdzenia: dzieci będą zadowolone.

Muzeum możecie zwiedzać albo z audio przewodnikiem (zestaw klasyczny słuchawki z regulacją, da się dopasować do dzieci, oraz odtwarzacz) albo z panem/panią przewodnikiem. 

My wybraliśmy tańszą wersję: zwiedzanie z audio przewodnikiem i naprawdę, mimo początkowych problemów, byliśmy szczęśliwi, że nie jesteśmy w innej grupie z przewodnikiem oprowadzającym po wystawie. 

Nasza grupa w ciszy przemieszczała się między ekspozycjami podczas gdy z tyłu, tam gdzie aktualnie znajdowała się grupa druga, dobiegały nas płacze dzieci, gwar rozmów i wysiłki przewodnika, by być słyszanym.  

Wskazówka: w sezonie i w długi majowy weekend Muzeum przeżywa oblężenie, kolejki i tłumy. Jeżeli chcecie dobrze kojarzyć wizytę w tym muzeum to proponuję przyjść w mniej popularnych godzinach i wybrać zwiedzanie z Krystyną Czubówną w wersji audio.

Zwiedzanie Muzeum

W Muzeum jest ciemno. Całe zwiedzanie zorganizowane jest w ten sposób, że podchodząc do dioramy z wypchanymi zwierzętami, których zarysy widzicie w ciemnościach, zapalane jest światło. Naciskacie na odtwarzaczu numer dioramy i słuchacie kojącego głosu pani Czubównej. 



Przyznam, że jest to strzał w 10. Kto jak kto, ale Krystyna Czubówna jest idealnym lektorem, szczególnie do tematyki przyrodniczej.

Część osób w opiniach na temat muzeum, narzeka, że światło gaśnie za szybko, że dzieci nie nadążają z wciskaniem numeru nagrania i że rodzice nie mogą odpowiadać na pytania dzieci na bieżąco. Nasza 7-letnia córka bez problemu sobie radziła. Widziałam też i mniejsze dzieciaki, które nie miały żadnego problemu z odsłuchiwaniem nagrań. Pewnie w przypadku 4 -5 latków mogłoby to być trudniejsze, bo nie ma wersji nagrania dla dzieci, więc pada wiele niezrozumiałych słów. 

Jestem przekonana, że zwiedzanie z audio przewodnikiem jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zwiedzanie z głośnym tłumem. A maluszkom zawsze można zreferować w skrócie co jest na dioramie, po odsłuchaniu nagrania. Zresztą nawet bez odsłuchu sobie poradzicie, a 4 latek i tak nie zapamięta co to są olsy, czy grądy.



Po wyjściu z muzeum możecie wejść po schodach, lub wjechać windą na wieżę, by zobaczyć Park Pałacowy z góry. Niestety panorama jest mało ciekawa - głównie drzewa i dachy domów w Białowieży. 

Wieża ...widokowa? Muzeum Leśno-Przyrodnicze


Nasze dzieciaki tak zainteresowały widoki z tej wieży, że… przebywały na niej tyle, ile zajmuje kilkukrotne obiegnięcie tarasu. (na wieży byliśmy sami) Większą atrakcją było to, kto pierwszy znajdzie się na dole, czy syn jadąc windą, czy córka zbiegając po schodach… ach te dzieci.


Zróbże minę uprzejmą żubrze

Każdy przyjeżdżający do Białowieży liczy na spotkanie z żubrem. Najłatwiej takie sobie załatwić w Rezerwacie Pokazowym Żubra. 

Rezerwat ten to nic innego jak małe zoo ze zwierzętami z lasów europejskich. Jest oczywiście i wybieg dla żubrów. Sztuk 4, czy 5. Są wilki, sarny, łosie. Zwierzęta na klasycznych wybiegach, jak w zoo. Szerokie alejki, ławki.

Największą atrakcją w Rezerwacie Pokazowym Żubra dla naszych dzieci, i dla większości dzieci odwiedzających rezerwat, stał się … plac zabaw.

Plac zabaw w Rezerwacie Pokazowym Żubra godzinę przed zamknięciem (maj 2019)




Dla 7latki wspinaczka na placu zabaw jest znacznie ciekawsza niż cztery śpiące żubry z niewzruszonym spokojem przeżuwające siano.



Właśnie, GDZIE były żubry? Przecież trafiliśmy do Rezerwatu Pokazowego Żubra, a nie do Ostoi Zwierząt Puszczy Białowieskiej czytaj: zwykłego mini zoo.
Nazwa wprowadza w błąd. No ale pokazano nam żubry? Pokazano, więc o co  chodzi? Mógłby ktoś zapytać.  



Spotkałam się też z opisem, który lepiej oddaje charakter miejsca: Rezerwat Pokazowy Dzikich Zwierząt, chociaż patrząc na klasyczne wybiegi i siatki, to bliżej temu miejscu do zwykłego zoo niż do idei rezerwatu.

Podobno część wybiegów jest znacznie większa, co tłumaczyłoby pustki na niektórych z nich. 
Teraz wytłumaczcie to dzieciom. Przykładowy dialog w Rezerwacie Pokazowym Żubra:,,Mamo, dlaczego nie ma tu żadnych zwierząt?" ,,Bo na niektórych wybiegach musi odrosnąć zjedzona trawa, a inne wybiegi to tak naprawdę tylko kawałek całości i zwierzęta są w lesie." No cóż, wersja ekonomiczna. 

Wersja droższa i ciekawsza wymagałaby jednak większej pomysłowości i nakładów finansowych niż tylko ogrodzenia terenu siatką i wystawienia paśnika.

Rezerwat Żubra - gdzie są żubry?






Wskazówka: jeżeli wybieracie się z dziećmi do Rezerwatu Pokazowego Żubra na dłużej, przygotujcie sobie prowiant. W nowoczesnym budynku, w którym znajdują się kasy, nie było żadnej restauracji, ani kawiarni, czy chociaż sklepu z przekąskami, czy sałatkami.
W maju 2019 w części bufetowej stał jedynie automat do słodyczy i batoników i obok automat do kawy. Sądząc po kolejkach jakie się do nich tworzyły to popyt na takie usługi w sezonie jest. Może latem pojawią się chociaż jakieś food trucki w okolicy parkingu??
  
Lokalnie i smacznie

Gdy już przespacerujecie się po Rezerwacie, zobaczycie Skansen podczas wycieczki rowerowej, albo odwiedzicie drezyną Miejsce Mocy z pewnością będziecie chcieli zatrzymać się gdzieś, by coś dobrego zjeść i przede wszystkim, by wasze dzieci coś zjadły.  



Jeżeli chcecie spróbować lokalnej kuchni polecamy wam bistro Babushka w Białowieży. Byliśmy i wypróbowaliśmy i właśnie tam wracaliśmy w kolejnych dniach. Wracaliśmy mimo długiego czasu oczekiwania w kolejce, w szczycie 30-45 minut, bo zamawia się przy barze, i mimo styropianowych talerzy, które nie pasują zupełnie do wystroju. 

W Babushce jest po prostu ładnie, smacznie i rozsądnie cenowo. Prosto, bez zadęcia. Można zjeść na zewnątrz pod parasolami, lub w środku – miejsca jest sporo. Dlaczego wybraliśmy tę restaurację? Ze względu na proste dania pod dzieci (żurek, rosół, pierogi, naleśniki, placki ziemniaczane) Menu możecie znaleźć online. 

My chcieliśmy spróbować czegoś lokalnego. Polecamy wam pielmieni z baraniną (takie mini pierożki) i kartacze.  Próbowaliśmy też soljanki, tradycyjnej, rosyjskiej zupy mięsnej z oliwkami, ogórkami kiszonymi i śmietaną. Smak przypominał lekki gulasz, tylko skąd w tradycyjnej, rosyjskiej zupie oliwki?:)

Przyznam, że w tym bistro tylko jeden dodatek, który zamówiliśmy, a właściwie, który zamówiły dzieci, był niesmaczny – frytki. Zamówione raz eksperymentalnie przez dzieci i niezjedzone.

Żebra Żubra

I na koniec - obiecane Żebra Żubra. Nazwa ciekawa prawda? Skąd się wzięła? Od pierwotnego wyglądu tej prawie 3 kilometrowej ścieżki edukacyjnej biegnącej przez las w kierunku Rezerwatu Żubra. 

Ścieżka oddana do użytku w 1980 roku początkowo miała postać trasy z dębowych i jesionowych desek i szczap, których nierówna powierzchnia i układ przypominały żebra. Ścieżka została wyremontowana w 2016, ale nazwa pozostała. 

Ścieżka edukacyjna Żebra Żubra


Dla mnie jako laika, a nie przyrodnika, las wzdłuż ścieżki Żebra Żubra niczym nie różnił się od lasu w rezerwacie ścisłym. Nawet przechodziliśmy obok miejsc, gdzie w powietrzu czuć było czosnek niedźwiedzi, tak jak w rezerwacie. Moim zdaniem spacer po Żebrach Żubra był przyjemniejszy niż spacer po Rezerwacie Ścisłym.

wskazówka: przy wejściu na tę bezpłatną ścieżkę znajduje się niewielki parking, część samochodów stała też zaparkowana po prostu wzdłuż drogi. Czas przejścia ścieżki to około 30 -45 minut. 

Ścieżka jest przeznaczona dla ruchu pieszego - nie wolno po niej jeździć rowerem, głównie dlatego, że stwarzałoby to niebezpieczeństwo dla turystów pieszych. Nas co prawda mijali ludzie na rowerach, ale albo nie byli świadomi zakazu, albo go po prostu zlekceważyli. Jeżeli Żebra Żubra będą na waszej trasie - możecie sobie rowery przeprowadzić.

Żebra Żubra i europejskie lasy


wskazówka: przygotujcie sobie różne ciekawostki o żubrach i Puszczy Białowieskiej, by ten spacer był dla dzieci ciekawszy, i by nie miały wrażenia, że to był TYLKO spacer po lesie. 

Bo prawda jest taka, że Puszcza najbardziej zachwyca turystów z południa Europy, którzy nie mają takich lasów u siebie. 

O Puszczy Białowieskiej możecie przeczytać ciekawą relację również i tutaj:
http://www.montravels.pl/podroze/co-zobaczyc-w-bialowiezy/http://www.montravels.pl/podroze/co-zobaczyc-w-bialowiezy/

Jeżeli chcielibyście wstać o 3.00 rano i wybrać się ,,na żubry" o szczegółach możecie przeczytać tutaj:  https://tastepoland.pl/2018/07/12/bialowieza_wyprawanazubra/

Jeżeli macie jakieś pytania, albo chcielibyście podzielić się ciekawymi informacjami o Puszczy Białowieskiej – formularz komentarzy znajduje się pod wpisem. Tylko podpisane komentarze będą opublikowane, wystarczy imię, lub nick.

5/22/2019

Puszcza Białowieska, czyli co w puszczy piszczy?

 Puszcza Białowieska, czyli co w puszczy piszczy?

Wyobraźcie sobie spowite mgłą leśne ostępy, świergot ptaków wokół i szum wiatru w majestatycznych koronach kilkusetletnich dębów. Las pierwotny, Puszcza Białowieska. Te słowa działają na wyobraźnię. Byliśmy i sprawdziliśmy. Jesteście ciekawi ile prawdy jest w takich wyobrażeniach o puszczy, które opisałam wyżej?

We wpisie jak zwykle dużo informacji praktycznych. Znajdziecie też naszą odpowiedź na pytanie czy weekend z dziećmi w Białowieży to dobry pomysł i czy to prawda, że przebywanie w lesie pierwotnym to doświadczenie niemal mistyczne. Oczywiście podam wam też linki do ciekawych stron o Puszczy Białowieskiej i Białowieskim Parku Narodowym.




Kierunek Białowieża

Puszcza Białowieska od 2010 roku znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO jako obszar, na którym zachowały się jedne z największych fragmentów lasu pierwotnego nizin europejskich. Białowieski Park Narodowy jest chyba jednym z lepiej rozpoznawalnych polskich parków, dość licznie odwiedzanym przez turystów z zagranicy.

Ostatnią majówkę spędziliśmy z dziećmi w Białowieży przez prognozy pogody, a może powinnam napisać dzięki prognozom pogody. Wiosną zwykle spędzamy długie majowe weekendy gdzieś w górach. W tym roku też do ostatniej chwili śledziliśmy zmiany pogody w południowej Polsce i do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że słabe prognozy się po prostu nie sprawdzą.

Brak słońca i chłodniejsze dni, 8-10 stopni w dzień i około 4 w nocy, nie są jakąś przeszkodą nie do pokonania podczas wyjazdu. Deszcz też nie jest dramatem, z cukru nie jesteśmy, ale…ciągły deszcz plus zimno na campingu, to już nie jest fajne. A jak już zdążyliście się zorientować po innych wpisach na tym blogu, wolimy wyjazdy dające nam dużo wolności, czyli właśnie wyjazdy campingowe.

Decyzja więc była prosta, tym bardziej, że odległość: 200 km, tylko trzy godziny drogi, to dla nas tak, jak skoczyć do cioci na imieniny ;) , w porównaniu do innych tras, które przejechaliśmy autem z dziećmi. 



Białowieżę pamiętam z wycieczki z czasów szkoły podstawowej (kiedy to było!). Do tej pory kojarzyła mi się z zapachem żywicy, sosen, drewnianymi budkami z rękodziełem i oczywiście z żubrami.

Tym razem postawiliśmy na rowery. Planowaliśmy wejść do rezerwatu ścisłego, by zobaczyć na własne oczy ten majestatyczny las pierwotny, chcieliśmy też przejechać się drezyną i zobaczyć rezerwat pokazowy żubra.

Dzień pierwszy: rowerem wokół Białowieży

Od razu uprzedzam tych z was, którzy szukają informacji o ekstremalnych, długich i wymagających trasach rowerowych wokół Białowieży, czytaj: takich podczas których przedzieracie się przez puszczę/las/mokradła przez 10 godzin, czasem z rowerem na plecach.

Nasze wycieczki rowerowe dostosowujemy do dzieci, a konkretnie do najsłabszego ogniwa, czyli naszej (teraz) 7 letniej córki. Dlatego kluczowa jest dla nas długość trasy, którą ma ona przejechać.

Mam jednak czasem wrażenie, że w przypadku naszej 7latki, nie o kilometry tu chodzi, a raczej o urozmaicenie trasy, czy szlaku. To samo dzieje się w przypadku wędrówek po górach.
Jak jest za nudno, to szybciej słyszymy wymówki typu: nogi bolą, głodna jestem, kiedy zrobimy przerwę itp. Chyba tak jest u większości dzieci.

A jak jest trudniej , ciekawiej, jak są jakieś wyzwania to nagle dzieci czują przypływ energii. Przynajmniej nasze. Poniżej przykład tego, co się  dzieje gdy rodzice mówią, że przeniosą twój rower ;) Tak przy okazji, takie przeszkody można znaleźć na trasie z rezerwatu żubra do Białowieży - i to jest to, co dzieci lubią najbardziej!



W punkcie informacji turystycznej w centrum Białowieży dostaliśmy mapkę szlaków rowerowych. Szlaków tych jest kilka, jednak większość z nich jest za długa dla dzieci, jeżeli chcemy zrobić pętlę.

Ze względu na Agusię, wybraliśmy szlak czerwony z Białowieży do Narewki. Szlak ten ma 21 km – zdecydowanie za dużo jak dla naszej 7 latki, więc za wsią Pogorzelce skręciliśmy na szlak żółty w kierunku rezerwatu pokazowego żubra, by wrócić potem do Białowieży.

To bardzo dobre rozwiązanie, jeżeli jedziecie na wycieczkę z dziećmi. Po pierwsze cała pętla to 10-12 km, po drugie po drodze możecie zatrzymać się z dziećmi w Skansenie Białowieża i później przy wieży obserwacyjnej.

Ponieważ zazwyczaj we wpisach podaję wam dużo szczegółów, byście mogli zaplanować swoje wyjazdy, czy też skorzystać z naszych doświadczeń, teraz jeszcze dosyć istotna informacja, jeżeli chodzi o poruszanie się rowerem z dziećmi po Białowieży.

Czy oczekuję zbyt dużo, jeżeli myślę, że w turystycznej miejscowości wśród lasów, gdzie jest czyste powietrze i szlaki rowerowe zachęcające do wycieczek, powinno być jakieś pobocze dla rowerów? Już nie mówię o ścieżce rowerowej wyłożonej kostką i rozumiem, że poza sezonem wystarczy droga i chodnik z płyt, chociaż ten raz pojawia się, raz znika. No ale może chociaż utwardzone pobocze?

Na przykład przejazd na niewielkim odcinku (ale jednak) ruchliwą drogą 689, która ruchliwa jest, bo prowadzi do przejścia granicznego, to niemały stres i bezwzględna konieczność asekuracji dziecka.

W sumie nie tylko my mieliśmy zagwozdkę jak poradzić sobie z dzieckiem na rowerze przy braku jakiegoś rozsądnego pobocza. Na szczęście odcinek drogi 689 nie był zbyt długi, a później pozostawał nam chodnik i nadzieja, że przednie koło rowerka nie polegnie w spotkaniu z wysokim krawężnikiem.

wskazówka: jadąc rowerami od strony Hajnówki do centrum Białowieży musicie bardzo uważać na dzieci. Pozostaje wam nierówny chodnik z płyt, ale też nie na całej długości przejazdu.

Centrum Białowieży: Krupówki w miniaturze

Białowieża nie jest duża, jednak ze względu na Puszczę i żubry, zorganizowany ruch turystyczny ma się tu bardzo dobrze. Sporo tu autokarów przywożących wycieczki, ale też całkiem dużo kamperów na obcych rejestracjach.

Centrum wsi to takie Krupówki w miniaturze. Mydło i powidło. Budy i budki. Lody, kręcone, pieczone ziemniaki na patyku, figurki żubra we wszystkich rozmiarach i postaciach, żubry pluszowe, wytłaczane, wypalane, do wyboru do koloru. Cóż, Białowieża żyje z żubrów i żubry są tu wszędzie. We wszystkich formach ekspresji artystycznej.

Oprócz centrum informacji turystycznej, płatnego parkingu i punktów gastronomicznych, w Białowieży znajduje się Park Pałacowy z XIX wieku zaprojektowany przez Waleriana Kronenberga, Muzeum, prawosławna cerkiew św Mikołąja Cudotwórcy z 1895 roku, zabytkowa stacja kolejowa z 1903 roku i skansen ludności ruskiej Podlasia.

Skansen Białowieża : cofamy się w czasie

Z centrum Białowieży wyjechaliśmy czerwonym szlakiem rowerowym w kierunku Narewki. Szlak ten prowadzi wzdłuż lokalnej, wiejskiej drogi i w sumie ruch samochodowy jest bardzo mały.

Przy drodze zauważyliśmy wysoką bramę z wielkim, drewnianym napisem. Chociaż mieliśmy przeznaczyć cały dzień na wycieczkę rowerową, skusiłam się i weszłam zobaczyć, czy warto jest poświęcić te cenne minuty słońca na zwiedzanie skansenu.



Wpadłam tylko zerknąć i od razu mi się spodobało. Tak więc, zanim jeszcze nasza rowerowa wycieczka się rozkręciła, już mieliśmy godzinną przerwę na Skansen Białowieża!



Skansen Białowieża trochę przypomniał mi klimatem wioskę Wikingów w Danii w Ribe, z tym, że w Białowieży nie było statystów ,,żyjących” życiem dawnej wsi.

Teren jest naprawdę spory, nie otaczają was tłumy zwiedzających, nie ma jednego słusznego kierunku zwiedzania. Dzieci mogą zaglądać gdzie chcą. Mogą wspiąć się po drewnianych schodkach do młyna, mogą obejrzeć strych w drewnianej chałupie.



Nasze dzieci mogły na żywo zobaczyć czym były, znane im z baśni, zapiecek i klepisko. Miały dużo zabawy z odgadywania przeznaczenia różnych przedmiotów. Pomijam najbardziej oczywiste, ale dla dzieci też ciekawe, jak maselnica, kołowrotek, czy żelazka na węgiel.










Naprawdę warto odwiedzić ten skansen. Jedynym minusem, moim zdaniem, był brak ,,pokazowej chaty, z „zastępczymi” eksponatami, w której dzieci mogłyby się poczuć jak w prawdziwej wiejskiej chacie – pokręcić kołowrotkiem, postukać maselnicą, na niby pougniatać kapustę w beczce. Fajnie byłoby wspiąć się na zapiecek, przekonać się ile waży łopata do chleba, czy poprasować na niby żelazkiem na węgiel, lub założyć czepiec, lub zapaskę!

wskazówka: skansen czynny od 10.00 - 18.00
bilety wstępu można kupić na miejscu: 7 zł osoba dorosła 4 zł dziecko




Rowerami do rezerwatu żubra

Kolejnym punktem podczas naszej rowerowej wycieczki stała się platforma obserwacyjna. Platforma jest wysoka, ale bezpieczna. Mogą przydać się lornetki, jak ktoś lubi obserwować ptaki.



wskazówka: na tej trasie podobno znajduje się również kilkusetmetrowa ścieżka edukacyjna - "Szlak Dębów Królewskich i Książąt Litewskich." My jednak na nią nie trafiliśmy.

Za wsią Pogorzelce dojechaliśmy do skrzyżowania z ubitą piaskową drogą, szlak czerwony do Narewki odbijał w prawo, a żółty szlak, z powrotem do Białowieży, w lewo. Na mapie szlaki te prowadzą wzdłuż drogi szutrowej. Ale jakiej!



Przez las, szeroka, równa… niemal jak podłoże do wylania asfaltu. Minęliśmy wielkie pole na ognisko z zadaszonymi ławami, przygotowane do naprawdę dużych imprez. Tą wygodną drogą przez las dojechaliśmy z powrotem aż do Białowieży. Na liczniku naszej 7 latki wybiło 13 samodzielnie przejechanych kilometrów. Jak dla niej to duże osiągnięcie. Oczywiście pod koniec były małe kryzysy, ale wizja obiecanych lodów na białowieskich Krupówkach dodała jej przysłowiowych skrzydeł.



Po odstawieniu nas na camping, mąż zdecydował powtórzyć trasę, tym razem jadąc pętlą przez Narewkę. Podobno, według jego słów, na leśnych ścieżkach łatwo się zgubić, szczególnie wieczorem, gdy zapada zmrok i szczególnie, gdy zjedziecie z głównej trasy, by zbadać boczne odnogi.



wskazówka: Jeżeli nie chcecie zniechęcić dzieci do rowerowych wyjazdów, warto wyznaczać krótsze trasy, z możliwością ,,dołożenia” sobie kilometrów już bez dzieci.

Więcej o szlakach rowerowych wokół Białowieży przeczytacie na oficjalnej stronie gminy Białowieża

http://www.gmina.bialowieza.pl/pl/waloryprzyrodnicze/szlaki-turystyczne.html




Mam tę Moc!

Drugi dzień powitał nas już zachmurzonym niebem. Zaplanowaliśmy dwie atrakcje: przejazd drezyną do Miejsca Mocy i spacer w rezerwacie ścisłym.

Czym jest drezyna, każdy wie. Czym jest Miejsce Mocy pewnie niekoniecznie. Ale czym jest Stonhenge, w Wielkiej Brytanii chyba kojarzy większość z was. W Białowieży również znajduje się jedno z takich miejsc. Podobno naładowane pozytywną energią.

Można się tam dostać albo rowerem, pieszo, lub właśnie drezyną. Bilety na przejazd drezyną kupiliśmy online. W sezonie, jeżeli chcecie mieć pewność, że znajdzie się dla was miejsce w wagoniku, kupcie bilety online. Do dwóch wagoników drezyny wchodzi określona liczba osób, a przejazdy są o określonych godzinach.

Przeczytaliśmy, że przejazd drezyną to ,,wspaniała atrakcja dla dzieci,” że ,,zarówno dorośli jak i dzieci świetnie się bawią” hmmm.. Ja mam trochę inne zdanie. Nie twierdzę, że to nieciekawa atrakcja, ale powiem tak: zabawa jest świetna przez pierwsze 20 minut. Później to jak siłownia.



I współczuję tym panom, którzy będą pod presją ogarniania drezyny wypełnionej dziećmi, kobietami i starszymi osobami, przez prawie godzinę (w dwie strony). Bo umówmy się pan dowódca drezyny, jak to się ładnie nazywa, zresztą bardzo sympatyczny, dodaje pary drezynie tylko sporadycznie.


Założenie jest takie, co zresztą jest jasno określone na stronie www, że drezynę napędzają pasażerowie. Oczywiście dzieci się rwą do ,,pompowania,” ale tak naprawdę, by rozpędzić drezynę potrzeba silnych mężczyzn. Tak więc, jeżeli w waszym składzie nie ma kilku umięśnionych mężczyzn to marnie to widzę.



Ikonografika jak działa drezyna z zabawnym wskazaniem na mięśnie; pasowałoby  dodać napis ,,for dummies" czyli łopatologicznie


Tak sobie myślę, że latem takie napędzanie drezyny to dopiero wyzwanie!

Przejazd do Miejsca Mocy zajął nam razem pół godziny. Powrót to kolejne 20-30 minut, z tym, że łatwiej bo lekko z górki. Chyba mieliśmy silną ekipę, bo, według informacji na stronie, taki przejazd jak nasz ma w teorii zająć dwie godziny (w obie strony z przerwą 20 minutową na Miejsce Mocy)



Więcej informacji i cennik znajdziecie pod adresem www.drezyny.net

Mąż wybrał dla nas najdłuższą (i najdroższą) opcję 35zł osoba dorosła 30zł dziecko. Sporo jak za godzinę siłowni! Nie wiem , co nim kierowało, być może nie było już biletów na trasę średnią ;)

Jest też możliwość krótszych przejazdów. Myślę, że gdybym miała wybierać jeszcze raz, to do miejsca mocy pojechalibyśmy rowerami, a drezyną na krótszą wycieczkę, by zobaczyć „jak to działa”.

Czym jest Miejsce Mocy?

Przytoczę za opisem z tablicy informacyjnej:

Miejsce Mocy to obszary o pozytywnym promieniowaniu, tzn. występuje w nich taka forma subtelnej wibracji, która jest najzdrowsza dla człowieka. Dzięki niej w miejscach tych znacznie lepiej się czujemy, szybciej wypoczywamy, łatwiej regenerują się nasze siły witalne, uaktywnia się intuicja. (…) osoby wrażliwe ustawiwszy się w odpowiednim punkcie (wśród kręgu głazów rozłożonych na ziemi) mogą odczuwać całą gamę subtelnych wibracji, od oczyszczających umysł, dających pełne odprężenie, do powodujących zachwianie równowagi i lekkie oszołomienie.



Na Miejscu Mocy spędziliśmy około 15 minut. Chyba za mało, żeby się zregenerować po półgodzinnym machaniu dźwignią napędzającą drezynę! No i chyba mało wrażliwi jesteśmy, bo nikt nic nie poczuł ups.

Przypuszcza się, że było to miejsce kultu dawnych pogan. Według legendy gromadzili się tu wtajemniczeni, by wykorzystując moc swoją i moc kamieni w tym miejscu powstrzymywać wrogów i złe moce. Nie bez powodu uroczysko znajdujące się w pobliżu nosiło kiedyś nazwę Czartowe Błota.

Podsumowując: wycieczka do Miejsca Mocy to ciekawa atrakcja, nie będę wam zdradzać jak wyglądają te pokrzywione przez energię drzewa i jak ułożony jest krąg kamieni. Nie oczekujcie jednak zbyt wiele. Dla dzieci będzie ciekawie, głównie ze względu na nimb tajemniczości (jak to jeszcze dobrze im sprzedacie)

Wydaje mi się, że rowerowa wycieczka do Miejsca Mocy byłaby jednak mniej wyczerpująca niż przejazd drezyną.

Druga część wpisu o Rezerwacie pokazowym żubra, spacerze po rezerwacie i miejscu, gdzie możecie zjeść pyszne lokalne dania już wkrótce!

Jeżeli macie jakieś pytania, albo chcielibyście podzielić się ciekawymi informacjami o Puszczy Białowieskiej – formularz komentarzy znajduje się pod wpisem. Tylko podpisane komentarze będą opublikowane, wystarczy imię, lub nick.

2/11/2019

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Val di Fassa: Dolomity w styczniu

Ciemna, zimna, styczniowa noc, wycieraczki w aucie śmigają jak oszalałe, na zewnątrz prawdziwa śnieżyca, na drodze zwały śniegu i błoto śniegowe. Całe szczęście, że w samochodzie jest ciepło, poza tym mamy dwa koce, trochę prowiantu i ciekawy audiobook dla dzieci. 

Mija już kolejna godzina odkąd utknęliśmy na A22, na przełęczy Brenner w kierunku Austrii i Niemiec. Tym razem czuję, że nie jest to taki sobie zwykły korek, bo w ciągu 2 godzin przejechaliśmy może kilometr, a na sąsiednim pasie tej dwupasmowej autostrady jeden za drugim stoją tiry, co ciekawe na wyłączonych silnikach. 

Wydaje się, że kierowcy w tirach zaparkowali na autostradzie na noc... Intensywnie szukam informacji w necie o zdarzeniach drogowych na przełęczy Brenner, bo nie mamy żadnej możliwości, by zjechać z A22. 

Niestety mamy zbyt duże opóźnienie, by zdążyć na nocleg przy granicy polski-niemieckiej i będziemy musieli jechać na zmianę. Mąż przykrywa się kocem i mówi: ,,Obudź mnie jak coś się ruszy." eeee..? No tego nie było w planach - nocleg w aucie zimą na autostradzie? Z dziećmi? Najgorsza jest ta niepewność, co się stało i ile potrwa zanim ruch zostanie wznowiony. 

****************************************************************************

Co prawda, gdy tak staliśmy kolejną już godzinę pomiędzy zakopanymi w śniegu tirami, bez jakiejkolwiek informacji, jak długo to jeszcze potrwa, uznaliśmy, że mamy wyjątkowego pecha w drodze powrotnej.

Perspektywa nam się zmieniła, gdy w mediach następnego dnia zaczęły pojawiać się informacje o katastrofie komunikacyjnej na Passe del Brennero i setkach ludzi, którzy z powodu lawiny, utknęli na przełęczy na kilkanaście godzin. Przyznacie, że nasze 3 godziny czekania w aucie, w środku nocy z dwójką dzieci były pestką.

W tym roku po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że pierwszy tydzień ferii zimowych spędzimy w Dolomitach we Włoszech. Bardzo lubimy narciarskie wyjazdy w Dolomity, zawsze jednak wybieraliśmy się tam w okresie, kiedy jest cieplej ( i taniej) czyli w marcu.



Przez sześć styczniowych dni, w sześć rodzin, z dziećmi od 6 do 13 lat, testowaliśmy ośrodki narciarskie w Dolomitach. Najmłodszy narciarz wśród dzieci miał 6 lat, radził sobie naprawdę świetnie, jak na drugi w swoim życiu narciarski sezon. 

Starsze dzieci, 9-13 letnie jeżdżą już naprawdę dobrze. Powiedziałabym nawet, że niektóre z nich dorównują, o ile nie przewyższają techniką jazdy rodziców.

W tym wpisie będziecie mogli przeczytać o tym, który ośrodek podobał się nam najbardziej, czy warto jest i kiedy warto kupować Dolomiti Super Ski Pass, czy warto jest wybrać się z dziećmi w Dolomity w styczniu, oraz o tym, czy dzieci poradzą sobie na 28 kilometrach zjazdów wokół masywu Sella, czyli słynnej i kultowej Sella Rondzie.



Dolomity w styczniu – czy warto?

Powiem szczerze, że jeżeli miałabym wybierać między wyjazdem w Dolomity w ferie zimowe i wyjazdem w Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego wybrałabym to drugie. Dlaczego? Dla mnie, ponieważ na nartach jeżdżę rekreacyjnie, liczy się pogoda, a w styczniu musicie mieć dużo szczęścia, by trafić na słoneczne, bezwietrzne dni.


O tym, dlaczego lubię Dolomity pod koniec sezonu narciarskiego możecie przeczytać we wpisie  Val Val di Sole: Dolomity w marcu


Z ciekawości przejrzałam zdjęcia z kamer na stoku w pobliżu Possa di Fassa w Dolomitach od początku grudnia do początku lutego tego roku. W okresie sobota-sobota, kiedy to najczęściej organizowane są wyjazdy narciarskie, dwa, czasem trzy dni były pochmurne, co oznacza, że z sześciu dni na nartach połowa była pochmurna. My nie mieliśmy szczęścia do pogody. Trafiliśmy aż na cztery dni pochmurne i z dużymi opadami śniegu.



W styczniu w Alpach, oprócz dużego prawdopodobieństwa trafienia na pochmurne dni,  jest przede wszystkim zimno. W niższych partiach zwykle do -10, na szczytach jeszcze zimniej, co przy braku słońca i wietrze jest bardzo nieprzyjemne.

Mnie to zimno i sypiący śnieg męczyło bardziej niż wielogodzinne zjazdy. W zasadzie większość z nas jeździła tak zawinięta, (kominiarki, gogle, kaski, szaliki), że alpejskie słońce to nam mogło co najwyżej ogrzać nosy. Przerwy na lunch spędzaliśmy głównie wewnątrz, a nie, tak jak w marcu, na zewnątrz.




Ale muszę przyznać, że w Dolomitach czekały na nas świetne warunki narciarskie, niesamowicie przygotowane trasy, bezkolejkowe wjazdy, świetna infrastruktura i zapierające dech panoramy. Śnieg był FANTASTYCZNY, idealnie przygotowany, o idealnej strukturze, nic tylko jeździć, aż się padnie.


Wśród dziewięciu ośrodków Doliny Fassa, przetestowaliśmy, (mam na myśli: jeździliśmy w tym ośrodku cały dzień, wyjątek: San Pellegrino):

- Ciampedie przy miejscowości Pera di Fassa,

- Alpe Lusia (zarówno od strony Bellamonte i miejscowości Moena)

- San Pellegrino,

- część z nas Buffaure przy miejscowości Pera di Fassa,

Jeden dzień przeznaczyliśmy na Sella Rondę, ale tam po prostu przemieszczaliśmy się między różnymi ośrodkami objeżdżając Sellę. Jeden dzień przeznaczyliśmy na Val Gardenę.
Ze wszystkich tych ośrodków naszym zdecydowanym faworytem, jeżeli chodzi o szusowanie z dziećmi, jest Alpe Lusia. 

Dolomiti Superskipass - czy warto? 

Decyzja o tym, że będziemy jeździć w różnych ośrodkach w Dolomitach, zapadła już w momencie, gdy pierwszego dnia wszyscy zdecydowaliśmy, że kupujemy Dolomiti Superskipassy.

Dolomiti Superskipass umożliwia jazdę we wszystkich ośrodkach w rejonie Dolomitów. Cena skipassu jest dość wysoka, ale jeżeli lubicie zmiany i jeździcie intensywnie to Dolomiti Superskipass da wam naprawdę wiele możliwości. Możecie, tak jak my, spróbować załapać się na końcówkę tzw niskiego sezonu, by ceny skipassów były trochę niższe.

Ferie szkolne w tym roku wypadały u naszych dzieci już w styczniu, dlatego udało nam się kupić skipassy trochę taniej. W ostatnim tygodniu stycznia płaciliśmy o 29 euro taniej za 6-dniowy skipass dla osoby dorosłej.

Dodatkowo okazało się, że Gusia, która ma 7 lat jeszcze w tym roku miała darmowy skipass, więc dla nas były to już konkretne oszczędności. 

Wskazówka: wysoki sezon w Dolomitach zaczyna się od 01 lutego, kiedy to we Włoszech zaczynają się ferie zimowe, a kończy 16 marca. Link do cen skipassów w Dolomitach 
Jeżeli macie dzieci, które nie skończyły 8 lat, dostaniecie dla nich skipass za darmo pod warunkiem, że kupicie dla siebie skipass w pełnej cenie.


Val di Fassa i płatne skibusy

Zazwyczaj, gdy wybieramy miejscówkę na wyjazd na narty, szukamy zakwaterowania możliwie najbliżej tras narciarskich i wyciągów. W Val di Fassa do kas i najbliższego wyciągu mieliśmy jakieś 200 -300 metrów. Jednak ośrodek Campedie, w pobliżu miejsca naszego zakwaterowania, nie był połączony z innymi w dolinie i to był problem.

Między ośrodkami mogliśmy przemieszczać się albo autem albo skibussem. Wybraliśmy auto. W dolinie jeździły co prawda skibussy, jednak nie było to, w naszym przypadku, idealne rozwiązanie.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że, aby przemieszczać się skibussem trzeba było kupić bilety, na przejazd, albo tygodniowe. Do przystanku skibussów musielibyśmy przejść z nartami i butami narciarskimi spory kawałek drogi od apartamentów. Godziny kursowania skibusów nie były takie oczywiste i zwykle, gdyby już udało się nam wsiąść do skibussa musielibyśmy z całym sprzętem, swoim i dzieci, spędzić w nim do pół godziny, dojeżdżając do innych ośrodków w dolinie. Dlatego zdecydowaliśmy, że rezygnujemy ze skibussów.

Mimo wszystko uważam, że w ramach karnetu narciarze i snowboardziści, którzy zostawiają i tak niemałe pieniądze w ośrodkach narciarskich na stokach, restauracjach i okolicznych miasteczkach, powinni mieć zapewniony bezpłatny transport do wyciągów.

Pierwsze wrażenia

Pierwszego dnia Val di Fassa nie pokazała się nam z najlepszej strony. Przede wszystkim, podczas gdy w polskich górach była zima dziesięciolecia i mnóstwo śniegu, w Austrii dosypało również dużo śniegu to w Dolomitach leżały tu i ówdzie żałosne pozostałości po wcześniejszych opadach, a na trasach narciarskich leżał sztuczny śnieg.

Dodatkowo pogoda nam nie sprzyjała. Pierwszego dnia słońce wyjrzało na 2, może 3 godziny, po czym niebo zasnuło się szarymi chmurami. Według prognoz również i drugi dzień zapowiadał się pochmurny i szary, pocieszające było to, że chmury miały przynieść opady śniegu. I rzeczywiście, gdy zaczęło sypać to krajobraz zmienił się nie do poznania.



Ośrodek Campedie – śladami Alberto Tomby

Pierwszego dnia wspólnie ze znajomymi jeździliśmy w Campedie. Przeważają tu niebieskie trasy. Ci lepiej jeżdżący maja do dyspozycji dwie długie, czerwone trasy, moim zdaniem ciekawe i rzeczywiście odpowiadające poziomem trudności trasom czerwonym. Dla naprawdę dobrych narciarzy/snowboardzistów jest jedna trasa czarna. Podobno trenował na niej Alberto Tomba, który mieszkał w okolicy – stąd nazwa trasy: ,,Tomba”.



Ponieważ ośrodek Campedie nie jest duży od 11 do 14.00 przy kanapach przy niebieskiej trasie tworzyły się uwaga: rzecz dla mnie niespotykana w Alpach, kolejki. Co prawda nie takie jak w Polsce, ale jednak. Być może powodem była niedziela i to, że część narciarzy mogła po prostu przyjechać tu na weekend.

Minusem Campedie, w moim odczuciu, jest brak połączenia z innymi ośrodkami w Val di Fassa. Jeżeli chciałbyś pojeździć w sąsiednim ośrodku w ramach Dolomiti Superskipass to musisz niestety nastawić się na busik, albo własne auto.



Pierwszego dnia w Campedie bardzo brakowało mi bajkowej, zimowej scenerii i niebieskiego nieba. Słońce wyjrzało tylko na dwie, trzy godziny i nie zapowiadało się na to, że pogoda się poprawi. Pod tym względem mieliśmy pecha. Ach, jak brakowało mi tego słońca na lazurowym niebie i zapachu rozgrzanych, sosnowych lasów. To jest TO z czym kojarzą mi się Dolomity z naszych poprzednich wyjazdów do Val di Sole.

Z drugiej strony, to dzięki ujemnym temperaturom śnieg na stokach trzymał się świetnie. Zresztą trzeba przyznać, że nawet w przypadku braku naturalnego śniegu Włosi do perfekcji mają opanowane naśnieżanie stoków. Śnieg na stokach w Campedie, częściowo naturalny, a częściowo sztuczny, był świetnie przygotowany, idealnie wyrównany i nawet po całym dniu nie tworzyły się przetarcia, czy muldy, co świadczy o tym, że tego śniegu było naprawdę sporo. Dodatkowo, tak jak pisałam, ujemne temperatury ładnie go mroziły, dlatego nie jeździło się w ,,kaszy.”

Odnośnie gastronomii to jakościowo byłam bardzo rozczarowana, przynajmniej w miejscu, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch z dziećmi. Miałam wrażenie, że dania w restauracjach/refuggios na stokach nie wyglądały tak jak dania włoskie, a raczej przypominały dania serwowane na stokach w Austrii. 



Pomijam już fakt, że w żadnej z restauracji/schronisk na stokach w Campedie nie było pieca do pizzy, a królowały spetzle, wiennerschintzel z frytkami i placki kukurydziane z gulaszem. W godzinie lunchu znalezienie miejsca graniczyło z cudem, bo restauracje nie są duże, a narciarzy było całkiem sporo.

Ogólnie Campedie mnie nie zachwyciło. Ośrodek ten, ponieważ nie jest połączony z innymi, może się szybko znudzić. Trasy narciarskie mają różne poziomy trudności, ale jest ich niewiele.

Jeżeli chodzi o dzieci to brak pysznej, cienkiej pizzy i pasty na włoskim stoku, może być sporym minusem, bo jednak większość dzieci kocha pizzę.

Być może przy rewelacyjnej pogodzie mniejszy ośrodek taki jak Campedie sprawdzi się doskonale, bo jest tam wszystko, czego potrzebują ci, którzy nie jeżdżą zbyt intensywnie. Dzieci mogą się uczyć na szerokich, niebieskich trasach, u szczytu wyciągów jest nawet plac zabaw. Pewnie jest też mniej ludzi niż w bardziej popularnych ośrodkach. Ale ten brak pizzy …: )

Alpe Lusia - to jest to!

W nocy zaczęło sypać! Gdy rano wyjrzeliśmy przez okno sceneria zmieniła się niesamowicie. Co prawda wciąż nie było słońca, ale świeży śnieżek i perspektywa idealnych stoków wszystkim poprawiała nastrój.



Drugiego dnia wbraliśmy ośrodek Alpe Lusia i … okazało się, że najbardziej się on nam spodobał. Wróciliśmy do niego jeszcze dwa razy. Dlaczego? Naprawdę szerokie trasy, część poprowadzona w lasach (to lubię) skate parki, plac zabaw dla małych dzieci, świetna pizza&pasta na stokach i odkrycie tego wyjazdu: cross – zjazd podczas którego dzieci mogły się ścigać, baby cross dla mniejszych dzieci, slalom, gdzie dzieci również mogły ze sobą rywalizować.. 



W Alpe Lusia dzieci zdecydowanie się nie nudziły!

Dodatkowo Alpe Lusia wydawał się być ośrodkiem dosyć kameralnym, na stokach głównie rodziny z dziećmi, mało snowboardzistów, liczne szkółki narciarskie.

Właśnie w tym ośrodku jest też możliwość jazdy z instruktorem na monoski – to świetna wiadomość dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Córka naszych znajomych była przeszczęśliwa, jej uśmiech i radość bezcenne!

Ośrodek Passo San Pellegrino - Falcade

Jeden dzień przeznaczyliśmy na polecaną przez znajomych Passo San Pellegrino, podobno jedną z najładniejszych przełęczy w Dolomitach. Może przy pięknej pogodzie jest ten efekt wow. Nas San Pellegrino nie zachwyciło. Piotrek, nasz 11letni syn, o ile uwielbia narty, po kilku zjazdach chciał zmienić ośrodek na, oczywiście Alpe Lusia. Fakt, było zimno, a na przełęczy, wiadomo i wyżej (1918 do 3003 m n.p.m.) i wieje.

Wjechaliśmy też na drugą stronę na Col Margherita (2513 m n.p.m). Jednak zrezygnowałam ze zjazdu przy takim wietrze i widoczności i zjechałam z Agusią na dół wagonikiem. Piotrek z tatą śmignęli w dół i z ich relacji trasa czerwona i czarna są bardzo fajne, ale to zimno….



Trasy są i niebieskie i czerwone. Szerokie, świetnie przygotowane, ale na przełęczy jest hmmm… surowo – wokół ostre granie, mało lasów, bo wysoko. Dodatkowo hulający wiatr przy zachmurzonym niebie i minusowych temperaturach sprawia, że na San Pellegrino jest ,jak dla mnie, jak ,,lodówka.”

Sella Ronda

Każdy, kto intensywnie jeździ na nartach, czy snowboardzie kończy i zaczyna dzień od przejrzenia prognozy pogody. Ach przepraszam, prognoz – im więcej źródeł tym więcej informacji :)

Wskazówka: My zawsze sprawdzamy kamery i prognozę między innymi na https://www.bergfex.pl/trentino/

Nasz wtorek w Alpach był jak błąd w matrixie, niemal jak okno pogodowe dla wspinających się himalaistów. Poprzednie dni nie rozpieszczały nas pogodą, a wtorek okazał się jakimś cudem. Oczywiście, nie było to dla nas kompletne zaskoczenie, bo wiedzieliśmy o poprognozowanych 9 godzinach słońca na niemal bezchmurnym niebie.



Poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesną pobudkę i objazd masywu Sella. O tym z pewnością powstanie cały wpis, bo wrażeń z Sella Rondy nie da się streścić w kilku zdaniach. Ważne jest to, że wszystkie dzieci, za wyjątkiem najmłodszego sześciolatka, przejechały Sella Rondę razem z nami.

Przyznam, że wielką niespodzianką była dla mnie nasza Gusia (7 i pół latka) Miałam opracowany plan awaryjny, na wypadek, gdyby było jej za długo i za ciężko, a okazało się, że przejechała te 28 kilometrów na nartach wokół masywu Sella i to bez marudzenia! 



Val Gardena

Piątego dnia powróciliśmy do Val Gardena, by jeszcze raz wykorzystać kilka godzin słonecznej pogody i pokręcić się wokół masywu Sella. Mieliśmy okazję wjechać największą ski kolejką w Europie, przejechać się ,,metrem” dla narciarzy i zjeść domową pastę w ponad 100letnim refuggio.




Koszmar na Brenner

Nasz tegoroczny wyjazd zakończył się, tak jak pisałam na początku, niezbyt udanie. Powrót do Polski zajął nam 21 godzin. Powodem były śnieżyca i korki na Przełęczy Brenner, gdzie utknęliśmy w nocy na aż/tylko 3 godziny. Gdy tak siedzieliśmy w piątkowy wieczór w aucie otoczeni tirami, bez jakiejkolwiek informacji o co chodzi i jak długo tu będziemy tkwić, zastanawiałam się czy warto jest jechać z dziećmi tyle kilometrów, by pojeździć sobie tydzień w Alpach…

I powiem wam tylko krótko: WARTO!


Jeżeli byliście w którymś z ośrodków wymienionych w poście i macie inne zdanie na jego temat, podzielcie się swoją opinią w komentarzu! Nie zapomnijcie podpisać komentarza nickiem/imieniem jeżeli chcecie, by ten został opublikowany.
Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger