""

8/06/2019

Trzy jeziora: Garda, Como i Maggiore

Trzy jeziora: Garda, Como i Maggiore
Po ciekawym, sportowym tygodniu w Zillertal w Austrii * , drugi tydzień spędziliśmy bardziej turystycznie zwiedzając włoskie miasteczka nad trzema największymi jeziorami Włoch: Gardą, Como i Maggiore. Nie wytrzymaliśmy jednak długo tylko na zwiedzaniu. 

* link do opisu naszej trasy w pierwszym tygodniu tutaj Nasze podróże z dziećmi: Włochy II  
jezioro Garda


Nad Lago Maggiore wyskoczyliśmy na krótki trekking do Parku Narodowego Val Grande, a nad Gardą przejechaliśmy się otwartą w ubiegłym roku trasą rowerową zawieszoną przy skałach przy jeziorze i przeszliśmy z dziećmi łatwą ferratę w Arco.


Dzień siódmy (28/06)
Wizytówka Lago di Como:  Bellagio, Menaggio, Varena
Nasza ocena 4
Atrakcyjność dla dzieci 3
Pierwszym jeziorem, nad którym się zatrzymaliśmy było Lago di Como. Zastanawiałam się, co takiego szczególnego jest właśnie w tym jeziorze, że  wielu określa je jako najpiękniejsze we Włoszech. Oczekiwałam chyba zbyt wiele. Nad Como jest ładnie, ale daleka jestem od obwieszczania całemu światu, że jest to najpiękniejsze jezioro w Europie, bo takie opinie też słyszałam.



Czy zwiedzanie Menaggio, Bellagio i Vareny podobało się dzieciom? Niekoniecznie. Miasteczka te, w odczuciu dzieci, nie wyróżniały się niczym szczególnym. 

Spacer promenadą nad brzegiem jeziora, czy spacer wąskimi, brukowanymi uliczkami, zakupy,  oglądanie wystaw, czy późna kolacja w restauracji z widokiem na jezioro niekoniecznie znajdują się na liście ,,Najfajniejszych rzeczy, które podczas wakacji chciałaby robić 8latka."


Więcej szczegółów o Bellagio. Menaggio i Varennie nad Como pojawi się wkrótce w oddzielnym wpisie.

Dzień ósmy (29/07)
Wracamy w góry: Lodowiec Morteratsch 
Passo del Bernina 2 330 m npm
Nasza ocena 5
Atrakcyjność dla dzieci 5
Po najgorszej nocy, jaką kiedykolwiek przeżyłam we Włoszech, czy na południu Europy (brak wiatru, wysoka wilgotność powietrza, brak klimatyzacji i przede wszystkim komary) kolejny dzień również zapowiadał się na gorący, duszny i bezwietrzny. 

wskazówka: jeżeli wybieracie się nad Lago di Como latem koniecznie upewnijcie się, że w waszym hotelu, lub innym miejscu zakwaterowania jest działająca klimatyzacja. Gdy wybieracie campingi, czy hotele w północnej części jeziora zabierzcie preparaty odstraszające komary, zadbajcie o moskitiery. Ujścia rzek do jeziora Como na północy to świetne miejsce do namnażania się komarów, tym bardziej, że na rozlewiskach między jeziorem Como, a Jeziorem Mezzola utworzono Rezerwat Pian di Spagna e Lago di Mezzola. 
Miejsce piękne, ptasie siedliska, miejsce żerowania gadów i płazów, ale trzciny i mokradła to perfekcyjne okolice także dla komarów.


Był to okres upałów, które objęły całą Europę, kiedy to temperatury sięgały 40 stopni. W Polsce również mieliśmy wtedy tygodnie z ponad 30 stopniowymi upałami.
Przy takiej pogodzie zupełnie nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie nawet najbardziej urokliwych miasteczek. W zasadzie zostawało nam leżenie plackiem nad jeziorem, lub na leżaku basenowym, co jest dla nas najgorszą możliwą formą wypoczynku ;)

Zostawiliśmy więc Lago di Como z parnym, stojącym powietrzem i uciekliśmy do … Szwajcarii. To zabawne, ale szukając znośnych temperatur wróciliśmy znowu w góry. 

Passo del Bernina
Dzień ten był zupełnie nielogiczny – cofnęliśmy się 80 km do Szwajcarii, by po raz drugi przejechać agrafkami tą samą trasą, przez przełęcz Maloja. Zdecydowaliśmy się na krótki (około godzina w jedną stronę) i łatwy trekking do lodowca Morteratsch. 

Lodowiec Morteratsch z dziećmi
Szlak do lodowca Morteratsch zaczyna się w Pontresina, gdzie znajduje się też parking (płatny – są parkometry). Gdy wysiedliśmy z auta, odetchnęliśmy z ulgą, było ciepło i słonecznie, ale nie upalnie. Idealnie. 

Na początku trasy do lodowca w małej, drewnianej skrzynce znaleźliśmy bezpłatne książeczki dla dzieci(po włosku/niemiecku i angielsku) o duszku z lodowca. Na kolejnych etapach szlaku  zdobywało się kolejną literkę (używając dziurkacza przy wyznaczonych stacjach) – tak by na końcu odgadnąć hasło. Bardzo fajny pomysł motywujący nawet małe dzieci do wędrówki. 


Z pewnością duszek zmotywował naszą 8latkę! Tym bardziej, że według informacji w książeczce na pobliskim campingu można było odebrać symboliczną nagrodę za odgadnięcie hasła.
Gdybyśmy wcześniej wiedzieli o tak fajnym miejscu na trekking dla dzieci, inaczej zaplanowalibyśmy trasę z Austrii. Jeżeli więc wybieracie się przez Szwajcarię nad Lago di Como i szukacie ciekawych atrakcji dla dzieci po drodze – lodowiec Morteratsch może być właśnie tym, czego szukacie!
Dzień 9 (30/06)
Lago Maggiore: Camping Village Isolino
Nasza ocena campingu 3 z dłuuuugim minusem
Atrakcyjność dla dzieci  3 (dla maluszków 6)
W niedzielę przemieściliśmy się nad kolejne jezioro: Lago Maggiore. Liczyliśmy na to, że późnym popołudniem zwolnią się już piazzole po weekendowym najeździe.
Dlaczego wybraliśmy właśnie camping Village Isolino? Nie planowaliśmy w tym roku wizyty w aquaparku, a na zdjęciach znajomych, którzy spędzili tam kilka dni w ubiegłym roku, oraz na stronie campingu były fajne, kolorowe baseny, place zabaw i tereny sportowe. To nie to samo co aquapark, ale wydawało mi się, że po campingach ze zwykłymi basenami, taki  basen jak na Isolino na pewno spodoba się naszym dzieciakom.





Nie wzięłam tylko pod uwagę pewnego istotnego szczegółu, a właściwie dwóch. Po pierwsze, na Isolino dzieci do lat 2 przebywają za darmo. W terminie, w którym byliśmy na campingu Isolino również i dzieci do lat 5 miały darmowy pobyt. W praktyce oznacza to, że mamy jasno zdefiniowaną grupę przyjeżdżająca właśnie na ten camping.

wskazówka: Camping Village Isolino to dobra miejscówka dla rodzin z dziećmi do lat 5. Dostosowane baseny, place zabaw i wieczorne animacje podobają się maluchom. Dodatkowo dzieci 0-2 przebywają tam za darmo, czyli w praktyce do ukończenia 3 lat. Za starsze dzieci – od 3 do 5 lat, płacicie 8.50 euro, ale TYLKO w wysokim sezonie (09 lipca - 20 sierpnia 2019).

Camping Village Isolino poza weekendem


Drugi szczegół, trafiliśmy na sezon z promocją weekendową. Skala zainteresowania promocją – ogromna! Doświadczenie zdobyte przez nas – bezcenne : )
O Camping Village Isolino możecie przeczytać na oficjalnej stronie campingu tutaj Camping Isolino Trzeba przyznać, że zdjęcie basenów na campingu, zrobione z drona, które zobaczycie na stronie głównej jest bardzo efektowne.

Dzień dziesiąty (01/07)
Cicogna: szlak wody w Parku Narodowym Val Grande

Nasza ocena szlaku 4 z bardzo prawdopodobną oceną 6 dla Val Grande
Atrakcyjność dla dzieci 4
Cały dzień postanowiliśmy spędzić bardziej aktywnie na szlaku wzdłuż górskiego strumienia w Parku Narodowym Val Grande. 

W Val Grande chcieliśmy wybrać coś krótkiego i łatwego, co nadawałoby się na górską wędrówkę z dziećmi latem. Wielogodzinny trekking po otwartej przestrzeni, przy temperaturze 30 stopni i słonecznej pogodzie jest bardzo męczący, a przy braku odpowiedniego nawodnienia może być niebezpieczny.



Licząc na cień drzew i chłód bijący od górskiego strumienia, wybraliśmy szlak wody. Podobnym szlakiem szliśmy kiedyś w Słowenii w upalny dzień i było naprawdę przyjemnie chłodno i dodatkowo dzieciaki mogły pobawić się i ochłodzić nad strumieniem. 

Nie do końca było to to, co w Słowenii, ale ...spadł deszcz, a właściwie złapała nas ulewa i temperatura spadła do 23 stopni!




wskazówka: Val Grande jest rezerwatem, gdy udajecie się tam na trekking musicie się przygotować. Pomijam ubranie, wygodne buty, bo to oczywiste, ale  ważne jest by zabrać przede wszystkim wodę i prowiant, szczególnie jeżeli idziecie na całodniową wycieczkę.
Panorama z Mottarone za 20 euro
Nasza ocena 5
Atrakcyjność dla dzieci 4
Wieczorem, zupełnie spontanicznie, postanowiliśmy zobaczyć zachód słońca ze szczytu Mottarone.
Szczyt Mottarone jest bardzo popularny i zupełnie ucywilizowany. Pod tym względem podobny jest trochę do Gubałówki w Tatrach, ale jednak wszystko trochę na mniejszą skalę. 

Tak jak na Gubałówkę, tak i na Mottarone można łatwo się dostać  - w klapkach i balerinach ;) Wystarczy kupić bilet na kolejkę (po włosku jest to Funivia Stresa-Alpino-Mottarone)w miejscowości Stresa nieopodal przystani Carciano, wsiąść do wagonika kolejki, potem przesiąść się na stacji pośredniej Alpino na następną kolejkę i na końcu na dwuosobowy narciarski wyciąg krzesełkowy Mottarone Vetta.



O kolejce na Mottarone przeczytace na stronie Mottarone
Ceny biletów nie są niskie - bilet normalny w dwie strony to 20 euro, bilet dla dzieci od 4 do 12 lat  12 euro (np rodzina jak nasza 2+2 to 64euro). Można też kupić bilet taniej na krótszy przejazd i podejść o własnych siłach. 

Kolejka na Mottarone w 20 minut wwiezie was na szczyt, czyli na 1491 m npm  (dla porównania Gubałówka ma 1126 m npm) . Bez problemu, bez potu, zdartych pięt i wielogodzinnego podchodzenia.  Oczywiście wejść o własnych siłach szlakiem też można, tak jak i na Gubałówkę. Na szczycie Mottarone dostaniecie fenomenalne widoki w gratisie. Nie tylko na Lago Maggiore, ale i inne jeziora i Alpy Szwajcarskie. 

Jeżeli będziecie chcieli coś zjeść, czy wypić mocne espresso – na Mottarone jest też i restauracja. Dla dzieci rzuca się w oczy dodatkowa atrakcja, oczywiście za dodatkową opłatą : tor zjazdowy jak w parku rozrywki. 

wskazówka: o torze zjazdowym, cenach, godzinach otwarcia możecie przeczytać tutaj Alpyland

Początkowo myśleliśmy o tym, by wjechać na Mottarone z rowerami. Dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo zjazd szosą nie byłby zbyt bezpieczny, bo zbyt szybki, dla 8letniego dziecka. Przynajmniej dla takiego jak nasza Gusia, która lubi szybkość i niekoniecznie dobrze ocenia swoje możliwości hamowania.  

Ponieważ było już późno i kolejka nie działała, na Motterone dotarliśmy autem i … byliśmy tam kompletnie sami, nie licząc owiec, o których obecności świadczyły pobrzękiwania pasterskich dzwonków. Około 21.00 wszystko było już zamknięte i wymarłe. 

O tym, że przez szczyt przeszły setki stóp świadczyły jedynie pełne kosze na śmieci i głęboko wydeptane w ziemi ścieżki biegnące od niewielkiego parkingu przy drodze do masztów telekomunikacyjnych na szczycie.

Mnie się podobała ta ,,samotność na szczycie", chociaż po zapadnięciu zmroku szybko zaczęło się robić zimno. W oddali widzieliśmy zapalające się światła w miasteczkach nad Lago Maggiore i ciemne, deszczowe chmury, które zaczęły nasuwać się na alpejskie szczyty. 

Muszę przyznać, że panorama na Lago Maggiore z Motterone jest jedną z najbardziej rozległych i najładniejszych jakie kiedykolwiek widziałam. Nie wiem jak to wygląda w ciągu dnia, gdy jest więcej turystów, może jest tu gęsto od ludzi. Niemniej jednak potrafię sobie wyobrazić te panoramy przy ładnej pogodzie i chmurkach na niebie – super materiał na zdjęcia. 
Dzień 11 (02/07)

Lago Maggiore wyspy: Isola Bella oraz Isola dei Pescatori
Nasza ocena:4
Atrakcyjność dla dzieci: 4


Wycieczki na wyspy na Lago Maggiore są obowiązkowym punktem dla turystów przyjeżdżających w te okolice. Na wyspy: Isola Bella, Isola dei Pescatori i Isola Superiore można dostać się kupując bilet u prywatnego przewoźnika, jak i kupując bilet na transport publiczny. 


Byliśmy z dziećmi i w ogrodach na Isola Bella i na wąskiej wyspie rybaków Isola dei Pescatori. Więcej o tym, jak wyglądają te wysepki i jak się na nie dostać już wkrótce w kolejnym wpisie!


Dzień 12 (03/07)

Inna, lepsza strona Lago di Garda

Nasza ocena 5+
Atrakcyjność dla dzieci 5+
Tego dnia przenieśliśmy się nad północną Gardę. Jezioro Garda, największe jezioro we Włoszech, wygląda rzeczywiście imponująco, szczególnie w północnej części. Dwa lata temu, podczas naszej pierwszej objazdówki, też zatrzymaliśmy się na kilka dni nad Gardą, ale na południowo-wschodnim brzegu jeziora,  w okolicach Lasize. * 

Szczerze mówiąc, nie byłam zachwycona tamtą częścią jeziora. Jednak północny brzeg Lago di Garda, w porównaniu z brzegiem południowym, to zupełnie inna jakość. 



* o tym, dlaczego niezbyt podobało mi się nad południowo-wschodnią Gardą możecie przeczytać w tym wpisie:Jezioro Gardza z dziećmi
Dzień 13 (04/07)
Arco: Via ferrata dla początkujących
Nasza ocena 5
Atrakcyjność dla dzieci 4
To był dzień naszej pierwszej włoskiej via ferraty. Wybraliśmy łatwą ferratę w Arco. Krótkie 10-15 minutowe podejście już w uprzężach i kaskach i zaczęliśmy się wspinać. Na tej ferracie ruch był zdecydowanie większy niż na ferracie w Austrii. Głównie byli to Czesi 20+ , z tego co zauważyłam, z małym doświadczeniem we wspinaczce, więc wspinali się dosyć wolno. 



My też nie mieliśmy doświadczenia z ferratami, ale sporo chodziliśmy po Tatrach, dlatego ferrata w Arco wydawała nam się łatwa i szybka do przejścia. Chociaż część przejść na tej ferracie była bezpieczna (nie wiem, co musiałoby się stać, by z nich odpaść, a mam wyobraźnię i zawsze widzę ten czarniejszy scenariusz) pilnowaliśmy, by dzieci zawsze były przypięte, chociaż Piotrek (12 lat) pytał w niektórych momentach, czy on MUSI się tu wpinać.  

Na tej ferracie mijaliśmy około 5-letnią Marlenkę, Czeszkę, którą ambitny tata sam przepinał i  instruował co chwilę: Marlenko teraz postaw nóżkę tutaj, teraz cię podciągnę, złap się tutaj . Moim zdaniem to już trochę przesada, by 5-latkę, która nie jest samodzielna na szlaku, pchać na via ferratę…


Limone sul Garda: rowerem nad Gardą
Nasza ocena 6
Atrakcyjność dla dzieci 5
Po południu wybraliśmy się do Limone sul Garda, by przejechać otwartą w ubiegłym roku ścieżką rowerową zawieszoną nad Gardą. Jest to właściwie ścieżka rowerowo-spacerowa z Limone sul Garda. Limone to jedno z ładniejszych miasteczek nad Gardą, bardzo urokliwe, ale też pełno w nim turystów. Chętnie bym tam jeszcze wróciła, niekoniecznie w sezonie.

Tak jak zaplanowaliśmy, mimo zbierających się deszczowych chmur, postanowiliśmy przejechać widokową ścieżką nad Gardą. Rowerem łatwiej jest zawrócić, gdyby nagle lunęło, poza tym szybciej pokonuje się odległość. Na spacer pieszo przy takiej pogodzie mało kto się zdecyduje. W pewnym sensie ryzyko deszczu i burzy sprawiło, że ścieżka opustoszała. Minęliśmy dosłownie kilka osób. 



Gdy wracaliśmy zaczęło kropić i cicho grzmieć w oddali. Przeczuwając, że zanosi się na większy deszcz, wdrożyliśmy w życie plan B. Rozdzieliliśmy się, ja z dziećmi jechałam ich tempem, a  mąż szybciej pojechał po samochód, by odebrać nas w połowie drogi, przy wjeździe na rowerową ścieżkę. Z dziećmi nie zdążylibyśmy przed większym deszczem przejechać jeszcze przez Limone na parking, gdzie zostawiliśmy auto. A tak zmokliśmy, ale tylko trochę ;) 

Późnym wieczorem, już po burzy, znowu wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Riva del Garda. Byłam pod wrażeniem ścieżek rowerowych (rowerowo-pieszych) nad północną Gardą. 

Tam rzeczywiście można sobie rekreacyjnie pojeździć od miasteczka do miasteczka z dziećmi. Można zatrzymać się na chwilę na kamienistej plaży, dzieci mogą pobawić się, pohuśtać, czy poskakać na trampolinach na placach zabaw. Jest dużo ludzi, to fakt, ale tak jest zawsze nad Gardą w sezonie.

Dzień 14 (05/07) 

Czas na Dolomity!

Z żalem zostawiliśmy Lago di Garda, bo byliśmy tam tylko dwie noce. Przemieściliśmy się na kolejny camping, już w Dolomitach. 

Po przyjeździe, na popołudnie zaplanowaliśmy przejście z dziećmi via ferratą Giovanni Barbara, pod wodospadem, o której dowiedzieliśmy się z bloga https://spiekua.pl Ale o tym i o innych via ferratach, które przeszliśmy z dziećmi już w następnym wpisie.

Chcecie wiedzieć kiedy pojawi się kolejny wpis? Odsyłam was do obserwowania/polubienia naszej strony na facebooku, tam umieszczam info o nowych wpisach (link w pasku bocznym, lub na dole przy przeglądaniu strony na telefonie)

Jeżeli byliście w tych samych miejscach i chcecie podzielić się swoimi wrażeniami, albo macie jakieś pytania, formularz komentarzy znajdziecie poniżej. 

Aby wasz komentarz nie został potraktowany jak spam, podpiszcie go! Wystarczy imię, lub nick.


7/25/2019

Nasze podróże z dziećmi: Północne Włochy

Nasze podróże z dziećmi: Północne Włochy
W tym roku na nasz wakacyjny road trip znowu wybraliśmy Włochy. We Włoszech jest wszystko to, co lubimy: zróżnicowane krajobrazy, fantastyczna infrastruktura turystyczna dla podróżujących tak jak my z miejsca na miejsce, pyszna kuchnia, słońce i góry. Nasze dzieci, jak większość dzieci, kochają baseny, pizzę i lody.

U mnie Włochy punktują również i za język – co prawda jestem na etapie początkującym, ale nawet podstawowa znajomość włoskiego robi różnicę. Uwielbiam te okazje do mówienia po włosku, uwielbiam oleandry i ciepłe wieczory. 

Dodatkowo odległość do pokonania jest akceptowalna, by jak najmniej czasu tracić na dojazd. Włochy są po prostu idealne. Nasz pierwszy włoski roadtrip zrobiliśmy dwa lata temu, wtedy celem była Toskania, w tym roku wybraliśmy Włochy północne: Dolomity i via ferraty. 


wskazówka: o naszym pierwszym wyjeździe do Włoch i Toskanii możecie przeczytać tutaj: Nasze podróże z dziećmi: Włochy 



Via ferrata – ,,żelazna droga” to trasa wspinaczkowa z łańcuchami, klamrami, drabinami…brzmi poważnie.  W tym roku chcieliśmy przekonać się, czy w ogóle są jakieś łatwe ferraty w Dolomitach, które można przejść ze starszymi dziećmi (u nas Agatka prawie 8 lat i Piotrek 12).
Oprócz tego ja chciałam zobaczyć włoskie jeziora: Maggiore i Como, o których tyle czytałam i którymi tyle osób się zachwyca. Chcieliśmy też powrócić nad Gardę i do Wenecji. Jak zwykle będą pojawiały się posty z większą ilością szczegółów. 

Informacje o nowych postach pojawiają się też na naszej stronie na facebooku, jeżeli chcecie  być na bieżąco - link w pasku bocznym. 

Jak zwykle do krótkich opisów miejsc, w których byliśmy z dziećmi dołączamy nasze oceny (w skali 1-6) Pamiętajcie, że to są nasze subiektywne opinie i odczucia, na które wpływa przede wszystkim to, co lubimy ( aktywny wypoczynek, malownicze krajobrazy, bardziej poza miastem niż w mieście) i czego nie lubimy podczas wyjazdów (tłumy, głośne nocne życie, duże miasta)

Co oznaczają oceny w skali 1-6?
6 (miejsce wyjątkowe) oznacza, że miasto/miejsce wydało nam się na tyle wyjątkowe, że chętnie byśmy tam jeszcze wrócili. Z reguły miejsca, które są przepełnione turystami są przez nas oceniane niżej, nawet jeżeli same w sobie są interesujące. 

5 (polecamy) miasta/miejsca, które polecilibyśmy znajomym tam się wybierającym

4 (ok) warto zobaczyć, aczkolwiek jest trochę minusów
3 (nic szczególnego) miasto/miejsce, które nie zrobiło na nas wrażenia
2 (można sobie darować)
1 szczerze to nie sądzę, że tę ocenę kiedykolwiek wystawimy, ale kto wie...

atrakcyjność dla dzieci w skali 1-6
Ocenialiśmy miejsca/parki rozrywki i inne atrakcje/trasy rowerowe, szlaki górskie pod kątem dzieci (u nas 8 i 12 lat)
Dzień pierwszy (22/06) zaczynamy!

W tym roku dojazd do Włoch podzieliliśmy sobie na trzy części.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy tuż przy polsko-niemieckiej granicy na campingu w okolicach Złotoryi. Osiem godzin w aucie wystarczyło i nam i dzieciakom.

Po straszliwie upalnym czerwcu w mieście, pladze komarów i wypalającym wszystko słońcu, dojazd na camping w wiejskiej, sielskiej okolicy, gdzie pagórki, lasy i pelargonie w oknach chylących się chatek, był właśnie tym, czego nam było trzeba.

Camping, zadziwiająco pusty, miał wszystko, czego potrzebowaliśmy. Agatka zachwycona zwierzętami (króliki, kucyki, lamy, osiołki, owce you name it) dokarmiała papużki i króliczki, Piotrek mógł pograć w siatkówkę i ping ponga. Był nawet plac zabaw. Krótka wycieczka rowerowa przez pola pokolorowane makami i chabrami, przypomniała nam o tym, jak pięknie jest też i w Polsce.






Dzień drugi (23/06)

Zgorzelec – Mayrhofen, Austria (726km)

To była długa podróż... Do Mayrhoffen dotarliśmy przed 22.00. Obawialiśmy się, czy zdążymy przed zamknięciem wjazdu na camping – Austriacy i Niemcy są bardzo sumienni. Jeżeli się spóźnisz, nawet 5 minut – nie wjedziesz. 

Oczywiście moglibyśmy rozłożyć przyczepę, przenocować i wjechać na camping rano, ale zależało nam na podłączeniu się do prądu. Na szczęście szlaban był podniesiony i wjechaliśmy na kemping 21:50. Zresztą coś z tym szlabanem było nie tak, bo ani razu podczas naszego pobytu nie widziałam go opuszczonym, ale nigdy przenigdy nie liczyłabym na to, że w Austrii coś takiego się powtórzy. Porządek musi być: 22.00 zakaz ruchu i tak też jest. 

Dzień trzeci (24/06)

Austriacka rozgrzewka. Nie takie ferraty straszne jak je malują  

Via ferrata Klettersteig 
trasa rowerowa w Mayrhofen
Nasza ocena: 5
Atrakcyjność dla dzieci 6

Przywitał nas piękny dzień i przyjemne górskie powietrze. Tak jak zaplanowaliśmy, po śniadaniu zebraliśmy sprzęt wspinaczkowy i ruszyliśmy w kierunku naszej pierwszej, treningowej via ferraty, o której przeczytałam tutaj (polecam wam opis tej ferraty dla dzieci i fotorelację ze wspinaczki) : One more trip

Było w porządku, dzieci dały sobie radę, ja również : ) Mieliśmy okazję przyjrzeć się jak radzi sobie podczas wspinaczki nasza prawie 8 latka. Pierwszego dnia w Mayrhofen pokonaliśmy, jak się okazało, 3/4 tej via ferraty. Myśleliśmy, że to dopiero połowa, a niestety upał dał się nam we znaki i dzieci marzyły tylko o basenie na campingu i lodach, tak więc pozostałą, krótszą cześć trasy przeszliśmy dwa dni później. 





Byłam bardzo dumna z dzieciaków. Poradziły sobie świetnie na ferracie, więc była nadzieja, że i we Włoszech się wspólnie powspinamy.

Dzień czwarty (25/06)
Ośrodek narciarski Penken latem
Nasza ocena:  6
Atrakcyjność dla dzieci: 5 (zjazd rowerowy z Penken tylko dla starszych dzieci)

Drugiego dnia naszego pobytu w Mayrhofen miał być szczyt upałów – 34 stopnie (!) postanowiliśmy więc uciec jak najwyżej. Wjechaliśmy kolejką narciarską na 2 100 m npm na szczyt Penken (dla porównania Kasprowy w Tatrach ma 1 987m npm) 



Oczywiście zabraliśmy rowery, licząc na to, że pojeździmy z dziećmi po ścieżkach wzdłuż grzbietów, tak jak to obiecywały foldery z atrakcjami Penken. Dzieci miały wielką ochotę na zabawę w dużych, przezroczystych kulach na jeziorku na szczycie. Niestety przed sezonem kule wodne nie działały, ale dwa fajne place zabaw plus jedna linia do zabawy wodą zupełnie dzieciakom wystarczyły.






W porównaniu z dusznym gorącem doliny, na 2 100m npm było rewelacyjnie – 22 stopnie, słońce i bezchmurne niebo, idealna widoczność i wspaniałe widoki. Żałowałam, że nie zabrałam jakiejś książki, bo mogłabym spędzić tam w cieniu pół dnia. Okazało się, że nie tylko my uciekliśmy do góry przed upałami, ale tłumów nie było. Po wczesnym obiedzie ruszyliśmy na wycieczkę rowerową.

Bo to Tyrol właśnie!

Ścieżka rowerowa, którą jechaliśmy była bardzo widokowa, ale jak każda ścieżka w górach, miała też podjazdy, co prawda nie jakieś zabójczo strome, ale jednak. Po niecałej godzinie nastąpiło małe załamanie u najmłodszego ogniwa, że ciężko, że gorąco, że wolałabym popływać i kiedy na lody, gdzie my właściwie jedziemy i jak długo jeszcze. Odpowiedź, że jedziemy tak sobie pojeździć i podziwiać góry i górskie łąki nie jest odpowiedzią właściwą. Dla młodszych dzieci to abstrakcja : )



Tak więc moja wycieczka musiała zakończyć się wcześniej. Zgodnie z planem, wróciłam z Agusią kolejką do doliny. Piotrek (12lat) wolał zjechać z tatą trasą rowerową. Zjazd ten zajął im dosyć długo ze względu na trudniejsze odcinki, kiedy to po prostu musieli jechać wolno, a bywało, że Piotrek wolał rower przeprowadzić.

Wieczorem pojechaliśmy zobaczyć Most Diabła Toefelsbrucke.

Dzień piąty (26/06)

Trasa rowerowa wzdłuż Zillertal

Nasza ocena 4
Atrakcyjność dla dzieci 5 (za baseny i plac zabaw)




Zaplanowaliśmy wycieczkę trasą rowerową w dół doliny, wzdłuż górskiej rzeki Ziller. Wycieczka wygodna i mało męcząca. Tym razem mieliśmy cel - basen miejski ze zjeżdżalnią.



W Austrii ścieżki rowerowe są idealnie przygotowane na wycieczki dla rodzin z dziećmi, po drodze mogliśmy zatrzymać się i na zacienionym placu zabaw i na lody i na basenie miejskim. Na placu zabaw można było napełnić bidony zimną, źródlaną wodą - super.




O tym, jak bardzo Austriacy dbają o infrastrukturę dla rowerzystów świadczy to, że osobiście widzieliśmy, jak przycinano łąkową trawę, by nie wrastała na ścieżki rowerowe. Oczywiście potem ścieżki czyszczono dmuchawami. Takie rzeczy to tylko w Austrii : )
Dotarliśmy do Aschau im Zillertal - trasa z Mayrhofen na 12 i pół kilometra - dobry wynik dla naszej prawie 8-latki :) Powrót do Mayrhofen pociągiem.


Dzień szósty (27/06) ruszamy nad jezioro Como

Kończymy via ferratę Klettersteig
Nasza ocena 5
Atrakcyjność dla dzieci 5

Nasz ostatni dzień w Mayrhofen postanowiliśmy wykorzystać na dokończenie via ferraty sprzed dwóch dni. Do miejsca, gdzie poprzednio skończyliśmy doszliśmy zwykłym górskim szlakiem, tam założyliśmy uprzęże i kontynuowaliśmy wspinaczkę. 





Jednak wspinaczka latem jest znacznie większym wyzwaniem niż wspinaczka, czy wędrówki po górach poza sezonem największych upałów. Później ruszyliśmy do Włoch prze Szwajcarię...

Przejechaliśmy z Mayrhofen w Austrii do Domaso nad jeziorem Como. Przyznam, że po tygodniu w górach, chłodnych wieczorach, rześkich porankach i upalnych dniach przeskoczyliśmy nagle w tryb ciepłe, wilgotne wieczory, słoneczne i bardzo ciepłe poranki i upalne dni bez wiatru, z wysoką wilgotnością powietrza. 

Pierwsza doba była trudna i zaczynaliśmy tęsknić za chłodniejszymi, górskimi nocami. Tym bardziej, że nad Como, oprócz dużej wilgotności powietrza, nie było najmniejszego chociaż wiatru. Na taką pogodę trafiliśmy. Było za to sporo krwiopijczych komarów, moskitiery musiały być zaciągnięte, co przy braku wiatru zupełnie nie pomaga przetrwać. W takich miejscach brak klimatyzacji w przyczepie, czy kamperze, zresztą wszędzie, daje się we znaki. 

Już wkrótce opis drugiego tygodnia. O ile pierwszy tydzień w Austrii upłynął nam pod znakiem wycieczek rowerowych i górskich, to tydzień drugi był już bardziej wypoczynkowo-turystyczny – zbieraliśmy siły przed Dolomitami…

O naszej trasie w drugim tygodniu, która mogłaby się nazywać : ,,Szlakiem włoskich jezior: Maggiore, Como i Garda" już wkrótce!



6/06/2019

A jak audiobook

A jak audiobook
Audiobooki dla dzieci: nasz sposób na długą podróż

Samolot, czy samochód? Część z was zawsze wybierze samolot, bo szybciej i , patrząc na statystyki, bezpieczniej. My, wyjeżdżając z dziećmi, zawsze wybieramy samochód, bo daje nam więcej wolności.

Ale podróż autem ma też swoje minusy. Zawsze powtarzam, że najgorsze są dojazdy, kilometry do pokonania wzdłuż autostrad, korki na obwodnicach dużych miast...

Przyznacie chyba że długa i monotonna podróż autem jest wyzwaniem dla dzieci, szczególnie tych energicznych i ruchliwych.

W tym wpisie przeczytacie o naszym sposobie na to, jak wygrać z nudą na tak niewielkiej przestrzeni, której granice wyznacza karoseria i co poza tabletami i telefonami zaproponować dzieciom, by kilkusetkilometrowa podróż nie dłużyła się tak strasznie.




Jak długo jeszcze?

Pierwsze godziny podróży są zwykle najtrudniejsze. Większość młodszych dzieci wykazuje się zupełnym brakiem zrozumienia dla zestresowanych rodziców i zasypuje ich następującymi pytaniami  - i to w niewielkich odstępach czasowych 

kiedy dojedziemy – pytanie nieśmiertelne. Nieważne, że dopiero pół godziny temu wyjechaliście, a trasa zaplanowana jest na co najmniej 400km, przecież każde dziecko wie, że wasz zapakowany po dach samochód porusza się z prędkością światła

kiedy będzie postój
– najlepiej co chwilę i przy jakimś placu zabaw, bo przecież przy autostradzie co 20 km jest jakiś plac zabaw, jasne.

kiedy zatrzymamy się, by coś zjeść?
Jestem głodna … no tak, przecież jedliście godzinę temu, dziwnym trafem przemiana materii u dzieci nagle w aucie przyspiesza..

Dzieci w aucie się po prostu nudzą. Pomijam dzieci wyjątkowe, które potrafią z zaciekawieniem przez całą podróż oglądać mijane krajobrazy przy autostradzie, śpiewając przy tym Starego Donalda, który miał tę słynną farmę (po raz 10).

Długa podróż autem to niemałe wyzwanie dla dzieci
Długa i monotonna podróż autem z dziećmi to często wyzwanie i dla rodziców. Spora ich grupa od razu po zamknięciu drzwi auta wręcza dzieciom tablety, czy telefony, bo tak jest najłatwiej.

Nie jestem wrogiem tabletów, czy telefonów. My również pozwalamy dzieciom, które są już starsze, bawić się aplikacjami i grami podczas podróży autem. Ale jestem zdecydowanie przeciwna graniu, czy oglądaniu filmów bez ograniczeń.

Tym bardziej, że, jak twierdzą okuliści, nie ma nic gorszego dla dziecięcego wzroku niż długie wpatrywanie się w mały ekran smartfona.

A jak Astrid Lindgren

Na różnych stronach i blogach parentingowych pojawiają się czasem listy zabaw i gadżetów dla dzieci, które można wykorzystać podczas jazdy samochodem, jako alternatywę dla tabletów.

Niestety, większość z tych propozycji zdecydowanie przegra w konfrontacji z grami na tablet, czy smartfon.

Co sprawdza się u nas? Audiobooki! Nie wyobrażam sobie kilkunastogodzinnej podróży bez audiobooka. W zasadzie poza dokumentami, telefonem, pieniędzmi i lekarstwami, audiobooki są kolejną pozycją na mojej checkliście na kilka minut przed długim wyjazdem.

Podczas naszych długich podróży zawsze wspólnie czegoś słuchamy. Zwykle zabieramy kilka audiobooków, bo z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo wybrać coś do słuchania tak, by spodobało się to i starszym i młodszym dzieciom.

U nas różnica wieku między dziećmi to 4 lata i czasem musimy wypracować jakiś kompromis pomiędzy klimatami pasującymi młodszej córce i bardziej poważnymi i ciekawymi tematami, które mogłyby zainteresować naszego syna.

Wskazówka: Gdy różnica wieku jest znacząca, oczywistym  rozwiązaniem mogą być słuchawki – każde dziecko słucha swojego audiobooka. Ale polecamy wam jednak wspólne słuchanie audiobooków podczas podróży!



Wspólne, rodzinne słuchanie audiobooka podczas jazdy samochodem ma wiele zalet. Często w trakcie słuchania pojawiają się pytania, można od razu dzieciom coś wyjaśnić, można wspólnie wymyślać co się zdarzy w następnym rozdziale. A kilometry mijają…

Poniżej znajdziecie listę audiobooków, które przesłuchaliśmy z dziećmi podczas naszych rodzinnych road tripów. Dodam, że ten wpis o audiobookach stworzyłam zupełnie spontanicznie. Pomyślałam sobie, że dobre treści warte są rozpowszechniania i polecania.

Może skorzystacie z naszych propozycji i coś wybierzecie!

W części pierwszej przeczytacie o audiobookach na podstawie książek Astrid Lindgren. Pod każdym audiobookiem znajdziecie naszą ocenę i wiek dzieci, którym dany audiobook może się podobać:


Klasyka: dzieci z miasta jadą na wieś
(wiek 7-13)
Astrid Lindgren ,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? ” tytuł oryginalny: My na wyspie Saltkråkan” wydawnictwo Jung-off-ska

Według informacji wydawnictwa dla dzieci 7-13, ale sześciolatkom też może się spodobać, tym bardziej, że jeden z bohaterów, Pelle, ma 6 lat. Chociaż tytuł jest dziwny nie zniechęcajcie się – zostanie on wyjaśniony w audiobooku!



U nas Agatka miała prawie 6, a Piotrek 11 lat i bardzo im się ten audiobook podobał.
Nasza ocena 6/6
Wykonanie 6/6

O czym jest ta książka?

W opisie wydawnictwa przeczytacie, że są to przygody szalonej pięcioosobowej rodzinki ze Sztokholmu, która spędza wakacje w tajemniczym domu na malowniczej wyspie.
Hmm… Zgadzam się tylko z tym, że wyspa jest rzeczywiście malownicza, a rodzinka pięcioosobowa. 

Jednak wcale nie nazwałabym tej rodziny szaloną, chyba, że miarą szaleństwa jest przeprowadzenie się na dwa miesiące ze Sztokholmu do rozpadającego się domu na wyspie, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Rodzina musi liczyć się z każdym groszem, dlatego Merkel (ojciec) jest niezwykle dumny z tego, że udaje mu się okazyjnie wynająć dom na całe lato. Okazyjnie, czyli bardzo tanio, tak więc nic dziwnego, że w owym domu wszystko się sypie, odpada, wodę trzeba nosić ze studni i nagrzać, naprawdę niezły klimat, dla współczesnych dzieci coś niesamowitego.

Główni bohaterowie to Merkel - samotny ojciec, trochę taki nieporadny życiowo pisarz, marzyciel-intelektualista, Malin dorosła już córka, która wszystkim matkuje, pozostałe dzieci to Johan i Niklas: bliźniaki, lat kilkanaście, oraz sześcioletni, spokojny Pelle, który marzy o własnym zwierzaku, a zwierzęta kocha do tego stopnia, że hoduje nawet … osy.

Można powiedzieć klasyka: dzieci z miasta jadą na „wieś”, ale te dzieci są inne.
Dzieje się to w zamierzchłych czasach, kiedy to nie było internetu, smartfonów, telewizor był dobrem luksusowym, a dzieci spędzały całe dnie na zewnątrz, bawiąc się w okolicy bez nadzoru i pomocy dorosłych.

Dzieci na wyspie przeżywają mnóstwo wakacyjnych przygód, integrują się z lokalną społecznością, zawierają przyjaźnie z dziećmi z okolicy, jest zabawnie, czasem strasznie, ale zawsze wszystko się dobrze kończy.

Dużą zaletą jest realizm wydarzeń, młodsze dzieci się nie boją (nie ma potworów, magii, czarodziejów itp.) starsze dzieci potrafią odczytać głębsze przesłanie z wielu sytuacji, z którymi mierzą się dzieci z Saltkråkan.

Polecamy, bo naprawdę dobrze się tego słucha! I nie zniechęcajcie się po pierwszym rozdziale.
,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?”  fantastycznie wypełniał nam czas w samochodzie podczas naszego road tripu po północnych Włoszech i Toskanii. Więcej o tym wyjeździe możecie przeczytać tutaj: Nasze podróże z dziećmi: Włochy



Dygresja:
Bardzo dobrze się złożyło, że pani Edyta Jungowska w pewnym momencie swojego życia postanowiła zrealizować swoje marzenie i założyła wydawnictwo Jung-off-ska. Bo  jako ,,bajkoczytacz” odnajduje się w tym co robi naprawdę świetnie!

Przyznam, że jej styl czytania jest bardzo charakterystyczny i początkowo, przy pierwszych rozdziałach ,,Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku?” trochę mnie drażnił ten niski, ochrypły ton, przeciąganie samogłosek, łączenie słów i muzyka w tle, która pojawiała się jakby nie na miejscu.
Ale im dalej w las to … właśnie w tym zaśpiewie w wykonaniu Jungowskiej i dźwiękach w tle był jakiś sens. 

Edyta Jungowska zdecydowanie zasługuje na najwyższą ocenę za swoje interpretacje czytanych książek. Dlaczego? Bo aktorsko świetnie odgrywa czytane role, łącznie ze zmienianiem głosu, co bardzo lubię w audiobookach dla dzieci.

Świetnie buduje atmosferę, perfekcyjnie wybiera książki, które potem opracowuje, a audiobooki w jej wykonaniu podobają się i dla młodszych i starszych dzieci i dla dziewczynek i dla chłopców – po prostu same plusy!



Kryminał dla dzieci, czy to ma sens?

Astrid Lindgren ,,Detektyw Blomkvist"wydawnictwo Jung-off-ska
(wiek 8-13)
U nas Agata miała 7 i pół, a Piotrek prawie 12 lat
Nasza ocena 6/6
Wykonanie 6/6

Agatha Christie dla dzieci. Dorosłych też słuchanie nie będzie męczyć. Historia wciąga,  nawet 12-13 latek będzie słuchał z zainteresowaniem. Tym bardziej, że główny bohater Kalle Blomkvist ma właśnie 13 lat.



Kalle mieszka w małym, sennym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje. Chłopiec marzy o tym , by zostać detektywem. Pewnego dnia do domu przyjaciółki Kallego, Ewy Lotty  niespodziewanie przybywa dawno niewidziany wujek, którego zachowanie jest trochę podejrzane. Co więcej, wujek bardzo interesuje się pewną kradzieżą, o której aż huczy w gazetach.  Kalle postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i  ….

Akcja naprawdę wciąga, działa na wyobraźnię, dzieci przeżywają historię bohaterów, te młodsze może za bardzo. Wiecie jak to jest, główny bohater w nocy wchodzi do pokoju, w którym śpi ,,podejrzany” wujek, z zamiarem zdjęcia odcisków palców i….strąca doniczkę ups, a to pech.

Bardzo polecamy: szczególnie dla trochę starszych dzieci. Ten audiobook ,,uratował nam życie” w pewną długą zimową noc, gdy wracaliśmy z Dolomitów i utknęliśmy z dziećmi na przełęczy Brenner. Więcej o tym wyjeździe na narty możecie przeczytać tutaj: Dolomity w styczniu

Audiobooki dla młodszych dzieci

Astrid Lindgren ,,Pippi wchodzi na pokład”
(wiek 4-9 lat)

Nasza ocena : 5/6
Wykonanie 6/6



Chyba wszyscy znają historię Pippi Långstrump, czyli Pippi Pończoszanki.

To dobra propozycja dla młodszych dzieci. Przyznam, że z Pippi mieliśmy problem, bo Piotrek był za duży na ten audiobook i demokratycznie zdecydowaliśmy, że jednak w tak ograniczonej przestrzeni, jak samochód nie można skazywać kogoś na słuchanie czegoś, co wydaje mu się nudne. W efekcie tego audiobooka nie dokończyliśmy. Polecam wam go jednak dla młodszych dzieci. Naszej córce, wówczas prawie 6 letniej, ten audiobook się podobał. Dla 11latka nuuuda i pytanie, czy raczej błagalna prośba: ,,Czy musimy tego słuchać??”

Astrid Lidgren: Karlsson z dachu lata znów
(wiek 6-8 lat)

Nasza ocena 2/6
Wykonanie 6/6


Tym razem mamy historię o 7latku, Svante Svantessonie, który z rodziną mieszka w kamiennicy w Sztokholmie. Svante jest najmłodszym z trójki rodzeństwa. Każdy w jego rodzinie żyje w swoim świecie, starsze rodzeństwo ma swoje problemy, tata ciągle pracuje, a mama zajmuje się domem i też nie poświęca zbyt dużo czasu najmłodszej pociesze. Dlatego Svante czuje się bardzo samotny, tęskni za przyjacielem, zwierzakiem.



W jego życiu pojawia się Karlsson, mały, jowialny człowieczek, który mieszka za kominem na dachu, ma śmigło dzięki któremu lata i wiedzie beztroskie życie wypełnione niedorzecznymi figlami.

Do naszych dzieci ta treść zupełnie nie przemówiła. Po pierwsze Karlsson jest starszym „wujkiem” bardzo małych rozmiarów, ale jednak. Ma nachalny charakter i ogólnie jest głośny, lubi bałaganić i rubasznie się śmiać. Taki latający jakby krasnoludek. Historia mało ciekawa, przynajmniej  dla naszych dzieci.U nas był to zdecydowanie niewypał.

Audiobook porzucony po przesłuchaniu pierwszych rozdziałów.
Może spodobać się młodszym dzieciom, takim, które jeszcze lubią historie z krasnoludkami w tle.


Astrid Lindgren „Lotta z ulicy Awanturników”
(wiek 2-5 lat)
 
Nasza ocena 3/6
Wykonanie 6/6

To krótki audiobook, ma tylko jedną godzinę. A szkoda, bo Lotta jest fantastyczną dziewczynką, z którą łatwo się mniejszym dzieciom identyfikować. Historia może spodobać się młodszym 4-6 letnim dzieciom. Nie jest męcząca dla starszaków, bo audiobook jest krótki, śmieszny i ,,można go przeżyć, ”gdyby na przykład młodsze rodzeństwo chciało posłuchać historii Lotty.



Lotta to dziewczynka o silnym charakterze. Pewnego dnia decyduje się wyprowadzić z domu (historia gryzącego sweterka w tle) i zamieszkuje na strychu u sąsiadki (!) Coś nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach prawda? 

Znowu Astrid Lindgren z jej niesłychanym wyczuciem dziecięcego świata. Może spodobać się młodszym dzieciom, szczególnie dziewczynkom o silnym charakterze.

W tym roku też czeka nas długa i monotonna podróż i jestem właśnie w trakcie poszukiwań ciekawych tytułów. Na pewno zabierzemy drugą część Detektywa Blomkvista i Ronję córkę zbójnika.. Jeżeli macie jakieś podpowiedzi to chętnie skorzystam!

W kolejnym wpisie już wkrótce pojawią się propozycje innych audiobooków, które przesłuchaliśmy. Może się zainspirujecie i też zabierzecie ze sobą kilka audiobooków w długą, wakacyjną podróż ?

6/01/2019

Białowieża z dziećmi

Białowieża z dziećmi
Tegoroczna majówka zapowiadała się deszczowo. Deszcze i burze miały ominąć jedynie północno-wschodnią część Polski, dlatego postanowiliśmy wybrać się z dziećmi do Puszczy Białowieskiej.

O tym gdzie byliśmy i co widzieliśmy przeczytacie w dwóch wpisach.

Jeżeli lubicie rowerowe wycieczki, chcecie dowiedzieć się, czy warto pokazać dzieciom Skansen w Białowieży oraz czy wyprawa drezyną do Miejsca Mocy w Puszczy jest warta swojej ceny - zajrzyjcie do pierwszego wpisu : Puszcza Białowieska, czyli co w puszczy piszczy.

W tej części dowiecie się, czego spodziewać się po wycieczce do serca puszczy, czyli Rezerwatu Ścisłego, co zobaczycie, a czego nie zobaczycie w Rezerwacie Pokazowym Żubra i gdzie w Białowieży warto spróbować lokalnych, kresowych dań w rozsądnych cenach.

Oprócz tego zdradzę wam, czym jest miejsce nazwane: Żebra Żubra i czy Muzeum Przyrodniczo-Leśne w Białowieży to strata czasu, czy super atrakcja.



Serce Puszczy

Żubr, kornik drukarz i protesty ekologów. Te słowa pojawiły się u mnie jako pierwsze skojarzenia z Puszczą Białowieską. Pewnie większość z was odpowiedziałaby podobnie.

W informacji turystycznej w Białowieży dowiedzieliśmy się kiedy i jak moglibyśmy wybrać się z dziećmi do Rezerwatu Ścisłego, bo być może tego nie wiecie, ale do Rezerwatu można wejść tylko z licencjonowanym przewodnikiem. Nasz spacer, wybrany z oferty PTTK nazywał się Puszcza Białowieska dla dociekliwych.

Mieliśmy się pojawić pod biurem PTTK najpóźniej 15 minut przed wymarszem, by nie przepadła nam rezerwacja. Cała grupa liczyła kilkanaście osób i od ilości osób zależało jaka będzie cena za zwiedzanie Rezerwatu z przewodnikiem.

info: Znajdująca się na liście UNESCO Puszcza Białowieska zajmuje teren 3 086 km2, z czego tylko 42% jest na terenie Polski. Sam Białowieski Park Narodowy to 105,2 km2, ale teren gdzie znajduje się nietknięta ludzką ręką Puszcza, to nieco ponad połowa tej powierzchni (57,6%)



Gdy zastanawiałam się, czego można się spodziewać po wycieczce po Rezerwacie Ścisłym, czyli lesie pierwotnym, nietkniętym ludzką ręką, miałam przed oczami wąską ścieżkę w gąszczu, na ścieżce zwalone, gdzieniegdzie spróchniałe gałęzie i pnie tarasujące przejście, przeszkody, na które trzeba się wspiąć, wysilić, by je pokonać.

Oczami wyobraźni widziałam drzewa o grubych, zwalistych pniach i gęstych koronach. Oczywiście liczyłam na świergot ptaków, bo przecież wiosna, i gdzieś w oddali przemykającą kunę, albo jakąś chociaż nornicę…sowę, dzięcioła??

Myślałam, że w rezerwacie ścisłym będziemy starać się zachować ciszę, jakby przemknąć przez puszczę niezauważenie…



Byliśmy z dziećmi, widzieliśmy i w skrócie mogę wam powiedzieć, że … nie ma dzikiej ścieżki i zwalonych przeszkód na wąskiej dróżce wydeptanej przez sarny.

Ścieżka turystyczna w rezerwacie ścisłym jest wygodna, wyrównana, bezpieczna, szerokością miejscami dorównująca zwykłej leśnej drodze. Dostosowana dla wózków dziecięcych, osób starszych, wycieczek szkolnych, a nawet do przejazdu bryczkami. Można powiedzieć dostosowana do spacerów i przejażdżek po lesie.

I przez to wycieczka przez las pierwotny naprawdę nie robi wrażenia.

Formuła spaceru, jedna, oczywista trasa zwiedzania, (tam nie można się zgubić!) ścieżka dostosowana, bez przeszkód w postaci pni, podmokłego terenu, sucha, wygodna – to jednak niekoniecznie to, czego się spodziewałam po rezerwacie ścisłym.


Nie taki kornik zły jak go malują

Pani przewodnik, która nas oprowadzała miała naprawdę bogatą wiedzę na temat fauny i flory Puszczy Białowieskiej. Z tej wiedzy korzystali jednak głównie dorośli, w większości emerytowani, uczestnicy spaceru, ale nie dzieci. 

Co kilkaset metrów przystawaliśmy na trasie zwiedzania, by dowiedzieć się o chorobach drzew, rodzajach lasu i owadach zamieszkujących pnie, hubach, porostach, i tak przez 3 godziny. Wiadomości było naprawdę dużo, ale przekaz był dostosowany do większości, czyli dorosłych.




Dzieci wychwyciły tylko część informacji i to głównie tych, które je zaciekawiły, na przykład dlaczego nie można kierować się kierunkiem rozrostu mchu na drzewach w lesie, by określić strony świata, albo jakie drzewa lubi kornik drukarz i jak wyglądały dawniej polowania w Puszczy Białowieskiej. 

Dzieciakom podobałoby się znacznie bardziej, gdyby była jakaś choćby szansa na zobaczenie dzikich zwierząt: saren, łosi, już nie mówię o żubrach, bo to podczas tego spaceru niemożliwe. Niestety, przy takim ruchu turystycznym żadne, nawet małe, zwierzę nie wystawi przysłowiowego nosa.

Podczas spaceru padały oczywiście pytania o korniki, które zjadają drzewa w Puszczy, i przez które, zgodnie z oficjalnym przekazem, przeprowadzona została wycinka drzew. Podobno wszystkiemu winna jest susza. Puszcza umiera, bo wysycha, a korniki atakują właśnie drzewa osłabione.

Park Pałacowy i selfie w żubrze

Park Pałacowy to park w stylu angielskim, czyli park o swobodnym, naturalnym charakterze, bez efektownych nasadzeń, geometrycznych form, czy alejek. Jego projektantem był Walerian Kronenberg, ten sam, który zaprojektował Park Skaryszewski w Warszawie.

Tak naprawdę dla przeciętnego turysty, który nie zna się na gatunkach drzew i nie potrafi docenić rzadkich okazów tutaj rosnących,  park w stylu angielskim to nic innego jak luźno rosnące drzewa i kilka alejek.

wskazówka: wstęp do Parku jest bezpłatny. 

Niektóre z drzew w Parku rosną od jego założenia, a przed Muzeum możecie zobaczyć kilka starych dębów, które, jak głosi legenda pozostały tu po pogańskim, świętym gaju. Prawdy w tym niewiele, ale dzieci możecie zaciekawić.

Po przejściu wygodnym mostkiem nad stawami na rzece Narewka dotrzecie do miejsca, gdzie kiedyś stał pałac - myśliwska rezydencja carów.

ciekawostka: Pałac Carski został wybudowany na specjalne życzenie cara Mikołaja III, któremu wyjątkowo podobały się polowania w Białowieży.  W końcu Puszcza Białowieska od wieków była królewskimi terenami łowieckimi.

Niestety, Pałac został spalony przez Niemców w lipcu 1944, gdy ci wycofywali się z Białowieży.


Na terenie Parku  nie zachowało się wiele budynków o historycznej wartości. Dziś można obejrzeć jedynie bramę wjazdową i dawne stajnie kozackie. 

W oczy rzuca się za to nowoczesny, wielopiętrowy budynek, w którym mieści się siedziba Białowieskiego Parku Narodowego, Muzeum Leśno-Przyrodnicze, oraz… 3-gwiazdkowy hotel. 

Nie znam się na architekturze, ale ten budynek ma niewiele wspólnego z ekologią i bliskością natury. Całość pasuje do idei Parku Narodowego, lasów pierwotnych i znajdującego się obok Dworku Gubernatora Grodzieńskiego jak kwiatek do kożucha.

Dworek Gubernatora Grodzieńskiego w Parku Pałacowym
Punktem, którego nie możecie ominąć spacerując z dziećmi po Parku Pałacowym jest mini plac zabaw przy Dworku Gubernatora Grodzieńskiego. Furorę na nim robią dwa żubry z otworami, które przyciągają jak magnes.


Nasza Gusia (7lat) w sekundzie znalazła się w żubrze, pod żubrem, a potem na żubrze. Zresztą, co było dosyć zabawne, te dwa żubry mają właściwości przyciągające nie tylko dzieci. 
Dorośli, i to nie tylko młode osoby, ale też stateczni emeryci, pstrykali sobie fotki na żubrach i to nie takie w stylu żubr i ja stoję obok, ale normalnie okrakiem na żubrze. Pan 60+, pani 50+ - nie ma to jak poczuć w sobie wewnętrzne dziecko!


Muzeum Leśno -Przyrodnicze

Na liście atrakcji Białowieży i okolic znajduje się również i Muzeum w Parku Pałacowym. Odwiedziliśmy je z dziećmi drugiego dnia, kiedy niebo zasnuło się chmurami i siąpił deszcz. Czy warto? Dzieciom się podobało. 

Ja zachowam umiarkowany entuzjazm, bo warto docenić to, że nawet w mniejszych miejscowościach pojawiają się muzea bardziej interaktywne. Jednak mając porównanie z innymi miejscami dla dzieci o charakterze edukacyjnym w Polsce i Europie ograniczę się do stwierdzenia: dzieci będą zadowolone.

Muzeum możecie zwiedzać albo z audio przewodnikiem (zestaw klasyczny słuchawki z regulacją, da się dopasować do dzieci, oraz odtwarzacz) albo z panem/panią przewodnikiem. 

My wybraliśmy tańszą wersję: zwiedzanie z audio przewodnikiem i naprawdę, mimo początkowych problemów, byliśmy szczęśliwi, że nie jesteśmy w innej grupie z przewodnikiem oprowadzającym po wystawie. 

Nasza grupa w ciszy przemieszczała się między ekspozycjami podczas gdy z tyłu, tam gdzie aktualnie znajdowała się grupa druga, dobiegały nas płacze dzieci, gwar rozmów i wysiłki przewodnika, by być słyszanym.  

Wskazówka: w sezonie i w długi majowy weekend Muzeum przeżywa oblężenie, kolejki i tłumy. Jeżeli chcecie dobrze kojarzyć wizytę w tym muzeum to proponuję przyjść w mniej popularnych godzinach i wybrać zwiedzanie z Krystyną Czubówną w wersji audio.

Zwiedzanie Muzeum

W Muzeum jest ciemno. Całe zwiedzanie zorganizowane jest w ten sposób, że podchodząc do dioramy z wypchanymi zwierzętami, których zarysy widzicie w ciemnościach, zapalane jest światło. Naciskacie na odtwarzaczu numer dioramy i słuchacie kojącego głosu pani Czubównej. 



Przyznam, że jest to strzał w 10. Kto jak kto, ale Krystyna Czubówna jest idealnym lektorem, szczególnie do tematyki przyrodniczej.

Część osób w opiniach na temat muzeum, narzeka, że światło gaśnie za szybko, że dzieci nie nadążają z wciskaniem numeru nagrania i że rodzice nie mogą odpowiadać na pytania dzieci na bieżąco. Nasza 7-letnia córka bez problemu sobie radziła. Widziałam też i mniejsze dzieciaki, które nie miały żadnego problemu z odsłuchiwaniem nagrań. Pewnie w przypadku 4 -5 latków mogłoby to być trudniejsze, bo nie ma wersji nagrania dla dzieci, więc pada wiele niezrozumiałych słów. 

Jestem przekonana, że zwiedzanie z audio przewodnikiem jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zwiedzanie z głośnym tłumem. A maluszkom zawsze można zreferować w skrócie co jest na dioramie, po odsłuchaniu nagrania. Zresztą nawet bez odsłuchu sobie poradzicie, a 4 latek i tak nie zapamięta co to są olsy, czy grądy.



Po wyjściu z muzeum możecie wejść po schodach, lub wjechać windą na wieżę, by zobaczyć Park Pałacowy z góry. Niestety panorama jest mało ciekawa - głównie drzewa i dachy domów w Białowieży. 

Wieża ...widokowa? Muzeum Leśno-Przyrodnicze


Nasze dzieciaki tak zainteresowały widoki z tej wieży, że… przebywały na niej tyle, ile zajmuje kilkukrotne obiegnięcie tarasu. (na wieży byliśmy sami) Większą atrakcją było to, kto pierwszy znajdzie się na dole, czy syn jadąc windą, czy córka zbiegając po schodach… ach te dzieci.


Zróbże minę uprzejmą żubrze

Każdy przyjeżdżający do Białowieży liczy na spotkanie z żubrem. Najłatwiej takie sobie załatwić w Rezerwacie Pokazowym Żubra. 

Rezerwat ten to nic innego jak małe zoo ze zwierzętami z lasów europejskich. Jest oczywiście i wybieg dla żubrów. Sztuk 4, czy 5. Są wilki, sarny, łosie. Zwierzęta na klasycznych wybiegach, jak w zoo. Szerokie alejki, ławki.

Największą atrakcją w Rezerwacie Pokazowym Żubra dla naszych dzieci, i dla większości dzieci odwiedzających rezerwat, stał się … plac zabaw.

Plac zabaw w Rezerwacie Pokazowym Żubra godzinę przed zamknięciem (maj 2019)




Dla 7latki wspinaczka na placu zabaw jest znacznie ciekawsza niż cztery śpiące żubry z niewzruszonym spokojem przeżuwające siano.


Właśnie, GDZIE były żubry? Przecież trafiliśmy do Rezerwatu Pokazowego Żubra, a nie do Ostoi Zwierząt Puszczy Białowieskiej czytaj: zwykłego mini zoo.

Nazwa wprowadza w błąd. No ale pokazano nam żubry? Pokazano, więc o co chodzi?


Spotkałam się też z opisem, który lepiej oddaje charakter miejsca: Rezerwat Pokazowy Dzikich Zwierząt, chociaż patrząc na klasyczne wybiegi i siatki, to bliżej temu miejscu do zwykłego zoo niż do idei rezerwatu.

Podobno część wybiegów jest znacznie większa, co tłumaczyłoby pustki na niektórych z nich.

Teraz wytłumaczcie to dzieciom. Przykładowy dialog w Rezerwacie Pokazowym Żubra:,,Mamo, dlaczego nie ma tu żadnych zwierząt?" ,,Bo na niektórych wybiegach musi odrosnąć zjedzona trawa, a inne wybiegi to tak naprawdę tylko kawałek całości i zwierzęta są w lesie." No cóż, wersja ekonomiczna.

Wersja droższa i ciekawsza wymagałaby jednak większej pomysłowości i nakładów finansowych niż tylko ogrodzenia terenu siatką i wystawienia paśnika.

Rezerwat Żubra - gdzie są żubry?





Wskazówka: jeżeli wybieracie się z dziećmi do Rezerwatu Pokazowego Żubra na dłużej, przygotujcie sobie prowiant. W nowoczesnym budynku, w którym znajdują się kasy, nie było żadnej restauracji, ani kawiarni, czy chociaż sklepu z przekąskami, czy sałatkami.
W maju 2019 w części bufetowej stał jedynie automat do słodyczy i batoników i obok automat do kawy. Sądząc po kolejkach jakie się do nich tworzyły to popyt na takie usługi w sezonie jest. Może latem pojawią się chociaż jakieś food trucki w okolicy parkingu??
  
Lokalnie i smacznie

Gdy już przespacerujecie się po Rezerwacie, zobaczycie Skansen podczas wycieczki rowerowej, albo odwiedzicie drezyną Miejsce Mocy z pewnością będziecie chcieli zatrzymać się gdzieś, by coś dobrego zjeść i przede wszystkim, by wasze dzieci coś zjadły.  



Jeżeli chcecie spróbować lokalnej kuchni polecamy wam bistro Babushka w Białowieży. Byliśmy i wypróbowaliśmy i właśnie tam wracaliśmy w kolejnych dniach. Wracaliśmy mimo długiego czasu oczekiwania w kolejce, w szczycie 30-45 minut, bo zamawia się przy barze, i mimo styropianowych talerzy, które nie pasują zupełnie do wystroju. 

W Babushce jest po prostu ładnie, smacznie i rozsądnie cenowo. Prosto, bez zadęcia. Można zjeść na zewnątrz pod parasolami, lub w środku – miejsca jest sporo. Dlaczego wybraliśmy tę restaurację? Ze względu na proste dania pod dzieci (żurek, rosół, pierogi, naleśniki, placki ziemniaczane) Menu możecie znaleźć online. 

My chcieliśmy spróbować czegoś lokalnego. Polecamy wam pielmieni z baraniną (takie mini pierożki) i kartacze.  Próbowaliśmy też soljanki, tradycyjnej, rosyjskiej zupy mięsnej z oliwkami, ogórkami kiszonymi i śmietaną. Smak przypominał lekki gulasz, tylko skąd w tradycyjnej, rosyjskiej zupie oliwki?

Przyznam, że w tym bistro tylko jeden dodatek, który zamówiliśmy, a właściwie, który zamówiły dzieci, był niesmaczny – frytki. Zamówione raz eksperymentalnie przez dzieci i niezjedzone.

Żebra Żubra

I na koniec - obiecane Żebra Żubra. Nazwa ciekawa prawda? Skąd się wzięła? Od pierwotnego wyglądu tej prawie 3 kilometrowej ścieżki edukacyjnej biegnącej przez las w kierunku Rezerwatu Żubra. 

Ścieżka oddana do użytku w 1980 roku początkowo miała postać trasy z dębowych i jesionowych desek i szczap, których nierówna powierzchnia i układ przypominały żebra. Ścieżka została wyremontowana w 2016, ale nazwa pozostała. 

Ścieżka edukacyjna Żebra Żubra


Dla mnie jako laika, a nie przyrodnika, las wzdłuż ścieżki Żebra Żubra niczym nie różnił się od lasu w rezerwacie ścisłym. Nawet przechodziliśmy obok miejsc, gdzie w powietrzu czuć było czosnek niedźwiedzi, tak jak w rezerwacie. Moim zdaniem spacer po Żebrach Żubra był przyjemniejszy niż spacer po Rezerwacie Ścisłym.

wskazówka: przy wejściu na tę bezpłatną ścieżkę znajduje się niewielki parking, część samochodów stała też zaparkowana po prostu wzdłuż drogi. Czas przejścia ścieżki to około 30 -45 minut. 

Ścieżka jest przeznaczona dla ruchu pieszego - nie wolno po niej jeździć rowerem, głównie dlatego, że stwarzałoby to niebezpieczeństwo dla turystów pieszych. Nas co prawda mijali ludzie na rowerach, ale albo nie byli świadomi zakazu, albo go po prostu zlekceważyli. Jeżeli Żebra Żubra będą na waszej trasie - możecie sobie rowery przeprowadzić.

Żebra Żubra i europejskie lasy


wskazówka: przygotujcie sobie różne ciekawostki o żubrach i Puszczy Białowieskiej, by ten spacer był dla dzieci ciekawszy, i by nie miały wrażenia, że to był TYLKO spacer po lesie. 

Bo prawda jest taka, że Puszcza najbardziej zachwyca turystów z południa Europy, którzy nie mają takich lasów u siebie. 

O Puszczy Białowieskiej możecie przeczytać ciekawą relację również i tutaj:
http://www.montravels.pl/podroze/co-zobaczyc-w-bialowiezy/http://www.montravels.pl/podroze/co-zobaczyc-w-bialowiezy/

Jeżeli chcielibyście wstać o 3.00 rano i wybrać się ,,na żubry" o szczegółach możecie przeczytać tutaj:  https://tastepoland.pl/2018/07/12/bialowieza_wyprawanazubra/

Jeżeli macie jakieś pytania, albo chcielibyście podzielić się ciekawymi informacjami o Puszczy Białowieskiej – formularz komentarzy znajduje się pod wpisem. Tylko podpisane komentarze będą opublikowane, wystarczy imię, lub nick.
Copyright © 2016 tu byliśmy , Blogger